galeria zdjęć

"Kulig, to zabawa jeszcze od Popiela,

Ma za cel, by każdemu zalała gardziela".

                                            - tak pokpiwał jakiś wierszopis z czasów stanisławowskich

.

         Kończy się karnawał, czas szaleństw i zabawy. Do tych zabaw należy również kulig, który w dzisiejszych czasach odbywa się - niestety - mniej hucznie,  wesoło no i w tym roku niestety bez śniegu.

 MOK Jordanów jak co roku zaplanował właśnie kulig na ostatnią sobotę karnawału tj.01 marca 2014r.dla swoich podopiecznych i tu działających. Ponad 70 osób uczestniczących w różnych zajęciach  MOK pojawiło się już przed godz.16 na rynku oczekując na środki transportu do Zawoi. Panie i panowie z grup: śpiewającej, gotującej, literacko - teatralnej, nornic walking, fitness, krajoznawczej i wysokogórskiej postanowili mile spędzić ten ostatkowy wieczór. Zostali też zaproszeni  radni miejscy z osobami towarzyszącymi. Z pod karczmy „Styrnol „ w Zawoi Widły pojechaliśmy wozami „półkoskami” zaprzężonymi w dziarskie konie przez jedną z najdłuższych miejscowości  w Polsce. Mimo, że w samej Zawoi nie było śniegu, mogliśmy podziwiać ośnieżone stoki Babiej Góry, Królowej Beskidów i Matki Niepogod. Było już późne popołudnie, wiał zimny wiatr  i chmury osiągnęły niski pułap. Musieliśmy się zadowolić widokiem Sokolicy i Kępy, gdyż Diablak zasłoniły chmury. Przez jakiś czas widać było rejon Policy i  też Małą Babią. Oczywiście zaraz po starcie rozległy się śpiewy na wozach. Nawet wąsaty fiakier z mojego wozu popędzając „dziadka kasztana” nam wtórował. I tak jedni gwarząc i rozgrzewając się od środka, inni śpiewając zwiedzaliśmy Zawoję. Wspominaliśmy też wizyty w Babiogórskim Muzeum Etnograficznym, bogatym w ciekawe eksponaty.  Dojechaliśmy do Markowej  i zawróciliśmy kierując się pod wyciąg „Wojtek” w Zawoi Czatoży. Powoli zapadał zmrok i niebie zaczęły pojawiać się gwiazdy. Na stoku pod wyciągiem dostrzegliśmy resztki łat ze śniegu. Rozpaliliśmy ognie i zaczęliśmy smażyć kiełbaski i ogrzewać wino z korzeniami. Oczywiście nasz dyrektor Janek otwarł futerał i rozległ się głos akordeonu. Wszyscy uczestnicy ogrzewając się przy ogniu i też „od środka „ śpiewali znane biesiadne piosenki. Panie śpiewające oczywiście nie zapomniały swoich przyborników do śpiewu. I tak śpiewając,  śmiejąc się do łez z  opowiadanych kawałów gwarą i nie gwarą  zajadaliśmy kiełbaski i popijaliśmy wino. Wszyscy  bawili się wesoło, tak, że zadowolone były nawet gwiazdki, które mrugały ochoczo. Wystarczyło spojrzeć w niebo ,by podziwiać cały nieboskłon  z milionami gwiazd. Potem zapakowaliśmy się na wozy, by przy blasku pochodni, stukaniu kopyt końskich ze śpiewem  przejechać  do karczmy. Gospodarze karczmy Styrnol poczęstowali nas pysznym smalcem ze skwarkami , a później bigosem na winie….Z uwagi na popularność karczmy  i ostatków były tu tłumy ludzi. Skocznie przygrywała kapela i była masa tańczących a raczej podrygujących. A dopiero się działo jak MOK Jordanów wkroczył na parkiet! Zabawa była fantastyczna. Na stole najbardziej prezentowały się beczki z winem na piedestale z czterema kurkami na cztery strony świata. To nasi koledzy Tadeusz i Paweł „ćiućmierz” mieli takie pomysły. Śpiewom i tańcom nie było końca. Nawet Pan Profesor Jerzy ubogacił naszą imprezę zmysłowym  śpiewem i grą na akordeonie. Również goście z karczmy integrowali się z nami i podejmowali próby śpiewu, ale nie mieli szans dorównania naszym śpiewaczkom. Tak moglibyśmy bawić się do rana, ale czas bardzo szybko uciekał. Grubo po północy zapakowaliśmy się do swoich środków transportu i odjechaliśmy do Jordanowa. Rano z grupą wysokogórską wyruszaliśmy przecież w góry.

 Jestem przekonana, że zabawa była przednia i ten ostatni karnawałowy wieczór był bardzo udany. Gratulacje dla organizatora - Dyrekcji MOK.          

                                                                                                             Janina Filipek     uczestnik kuligu