galeria zdjęć

 

                             Wielki Chocz na Słowacji

 

 

      Tuż po godzinie szóstej w niedzielę 25 stycznia wyruszyliśmy na pierwszą w tym roku wycieczkę zagraniczną. Grupa liczy 23 osoby, prowadzi nas Andrzej. Naszym celem jest Wielki Chocz (1611 m n.p.m.) w Górach Choczańskich. Jak się okazało większość uczestników w przeciwieństwie do piszącego te słowa będzie zdobywała Wielkiego Chocza po raz kolejny. Góra nie jest trudna do zdobycia (a raczej nie miała sprawiać trudności). Przyciąga jednak przecudnej urody i wielkiej wartości widokami rozciągającymi się - ponoć jak okiem sięgnąć - z jej wierzchołka.

     Więc ochoczo startujemy. Trasa zaczyna się w malowniczo położonej u podnóża wiosce: Valaska Dubova, gdzie powitał nas wiatr zamiatający prószącym śniegiem. Pierwsza napotkana obywatelka tej pięknej miejscowości przywitała nas radośnie: „Dobry dień? Zly dień!”.

Cóż było robić – ruszyliśmy na szlak. W końcu 2 tygodnie temu byliśmy nawet na Ornaku. 

Trasa początkowo wiodła przez las – było więc cicho i niedużo śniegu. Po podejściu nieco wyżej, szczególnie po minięciu Ciasnych Skałek (Tesne Skalky) nastąpiła zmiana. Pojawiła się dodatkowa atrakcja – lód przyprószony świeżym śniegiem. Ponieważ grupa jest złożona z samych twardzieli dzielnie podążamy z drobnymi uślizgami do góry dźwigając raki w plecakach.  Nasz guru Andrzej pociesza: „Spokojnie byle do Hotelu Choczańskiego. Przed nami są ślady, to na pewno pracownicy hotelu! Jak dojdziemy będzie już napalone w kominku!” J

Po drodze robimy krótki odpoczynek przy Janosikowym Stole i za chwilę wita nas rasowy bałwan na Stredniej Polanie. Tu wprawdzie zaczęło trochę (!) wiać, ale nic to w porównaniu z lekkim(140 km /h !!!) zefirkiem 2 tygodnie temu na Ornaku. No i wreszcie jest! Hotel! Ci co pierwszy raz zaskoczeni: miały być 4* a są tylko 3*! Chyba nie będzie w pokojach szlafroków i kapci z logo! Tą drobną uciążliwość w pełni rekompensuje wszystkim niezwykłej przejrzystości okno dachowe. Krótki posiłek i ruszamy dalej w górę (a raki nadal w plecakach!).

          Po drodze towarzyszą nam przepiękne formy śnieżne na świerkach i innych roślinach nie znanych z nazwy piszącemu. Jest co podziwiać!  Pokonujemy kilka bardziej stromych odcinków i jesteśmy na Wielkim Choczu. Przyświeca nam coś z góry. Wprawdzie nie do końca wiadomo słońce czy księżyc, ale jest. Widoki są piękne, tyle że dziś akurat niedalekie.  Nikomu to jednak w niczym nie przeszkadza. Dziarskie „Sto lat” na szczycie dla naszego Drogiego Jubilata – Rysia i schodzimy w dół. Obowiązuje najskuteczniejsza metoda zwana z japońska: jak kto może. Najciekawszy okazuje się wariant „na pupie”. Jest też „na jabłuszku” (d…locie). A raki nadal w plecakach…

Znów Hotel Choczański. Tu zgodnie dochodzimy do wniosku, że … czas raki założyć.

W doskonałych nastrojach docieramy do znanej nam już Valaski D.  Na koniec zwiedzamy Janosikową jaskinię (Janosikova Krcma) i wracamy do naszej, jordanowskiej dziedziny.

 

                                                                          Grzegorz Popielarz – uczestnik.