galeria zdjęć

 

„Kiedy jestem w górach, nie istnieje świat zewnętrzny, zgiełk i pospiech.                  

          Jest  tylko natura i życie  razem z jej rytmem”….

          Środek zimy, zawieja w dniu  08 luty 2015r, godz.6.00 i  na jordanowskim rynku zbiera się żelazna  grupa turystów odpowiednio wyposażonych jak na takie  warunki pogodowe przystało. Planowaliśmy w dniu dzisiejszym Czerwone Wierchy , ale nie jesteśmy szaleńcami aby przy „3”zagrożenia lawinowego i opadach śniegu z wiatrem do 140 km realizować plan. Bezpieczeństwo i rozwaga są najważniejsze, dlatego ruszamy przez Rusinową Polanę na Gęsią Szyję. Drogi zasypane, że nas busik ledwie sobie radzi.  Startujemy z Wierch Porońca -1105mnpm.  Za zielonymi znakami idziemy obok Gołego Wierchu do Rusinowej Polany. Sypie gęściutki śnieg, otacza na pierzynka białego puchu. Wędrując przez las podziwiamy majestatyczne puchate drzewa, którymi porusza wiatr i zrzuca na nas dodatkowe tumany śniegu. Spacer do Rusinowej Polany -1200mnpm traktujemy jako rozgrzewkę. Niestety hula tu wiatr, niosąc tumany śniegu, że prawie światu nie widać. Ale z poprzednich wycieczek mamy w wyobraźni, że powinno się tu podziwiać Tatry Bielskie i Wysokie z Gerlachem i Lodowym. Udajemy się do kaplicy na Wiktorówkach. Kaplicę zbudowano w stylu zakopiańskim w 1936 r. w miejscu, gdzie wg legendy pojawiła się Matka Boża Marysi Murzańskiej-14 letniej pasterce. To miejsce należy do najczęściej odwiedzanych kaplic kultu maryjnego na Podhalu. Pokłoniliśmy się Matce Bożej Jaworzyńskiej, Królowej Tatr. Przewodnik Andrzej przypomniał nam postacie zmarłych "Ludzi Gór". Mogliśmy zobaczyć  pamiątkowe tablice im poświęcone, umieszczone wokół kaplicy. Dzięki gościnności ojców Dominikanów, poczęstowaliśmy się ciepłą herbatą   i coś zakąsiliśmy. Wszystkim było ciepło, nastroje dopisywały, więc mogliśmy spokojnie wyruszyć, by realizować dalszy etap naszej trasy. Wracamy na Rusinową , by rozpocząć trawers  stromego podejścia na Gęsią Szyję, po śladach narciarzy. Brniemy po kolana w śniegu  a wiatr i padający gęsty śnieg pogłębia nasz trud. W chwili oddechu Andrzej opowiada nam o babce Anieli Kobylarczykowej z szałasu znajdującego się pod nami, która jako jedyna nie przyjęła pieniędzy od państwa za grunt , kiedy wywłaszczano górali. W sezonie pomieszkiwała w szałasie i turyści mogli przenocować się  na sianie czy napić się herbaty. Zajrzał tu również Karol Wojtyła będąc kardynałem w „cywilkach” a, że wiadra były puste to babka wysłała go po wodę do potoku. Co potem skwitowała jak Wojtyła został papieżem, że „ gdyby wiedziała, to nie dałaby mu herbaty, a miałaby dwa wiadra święconej wody”. Podziwiając uroki zimy pniemy się w górę, by Gęsią Szyję - 1489mnpm zdobyć południemNazwana jest tak przez górali jako długa  i wysoka.Jest bardzo ciekawym szczytem, ponadto niewysokim jak na tatrzańskie warunki i z ciekawymi skałkami.  Czas na degustację ciasteczek od Rysia i kilka fotek. Wieje niemiłosiernie i jest zimno.

          Zabieramy się do zejścia w dół przez Przysłop Waksmundzki. Na Równi Waksmundzkiej -1407mnpm  krzyżują się szlaki do Murowańca, Roztoki i Psiej Trawki. Teraz dopiero zaczęła się zadyma. Za czerwonymi znakami, brnąc w śniegu najpierw przez las , potem przekraczamy Potok Waksmundzki. Potężne głazy pokryte są śnieżnymi czapami. Docieramy  na zarośniętą Polanę pod Wołoszynem. Połamany las przypomina zasypane leśne cmentarzysko, a kiedyś kwitło tu pasterstwo. Znowu odpoczywając słuchamy o Orlej Perci, która dawnej miała początek na Wołoszynie. W tym miejscu czarne znaki odchodzą na Rusinową Polanę. Dalej brniemy przez las to w górę, to znowu w dół i  miejscami po pas  w śniegu. W końcu docieramy do drogi z Palenicy do Morskiego Oka. Postanawiamy odpocząć w schronisku  w Roztoce, więc musimy podejść do  Wodogrzmotów Mickiewicza. Andrzej zwraca uwagę na „lawinową łapkę”, bo w tym właśnie miejscu zdarzają się lawiny schodzące na drogę. Również od Wodogrzmotów odchodzą  znaki do Pięciu Stawów. Szybko zbiegamy do Roztoki, znowu przez połamany las. Schronisko zbudowano w1874r, obecny budynek powstał w 1913r i nosi imię Wincentego Pola. Jest to uroczy drewniany budynek z gankiem posadowiony  na wysokości 1031 mnpm. W ciepełku, delektując się przyniesionymi i miejscowymi frykasami oraz  w  miłej atmosferze odpoczywamy po trudach wędrówki. Przewodnik przybliża  nam historię schroniska, natomiast opowieść niedźwiedzicy Magdzie większość już zna. Chętnie byśmy pogwarzyli, ale śnieg sypie coraz bardziej i czas szybko ucieka. Ruszamy i  z rozpędu oklejeni  jak bałwany dochodzimy do Łysej Polany. Pokonaliśmy w dniu dzisiejszym 18 km wprawdzie przy niewielkiej, bo 600 m deniwelacji , ale mimo wszystko trudne warunki zimowe dały nam w kość. I choć pejzaże zimowe są bardzo urokliwe, to większą radość sprawiła mi przyjemna atmosfera współuczestników tej wyprawy i świadomość, że pokonuję trasę górską w trudnych warunkach zimowych.

                                             Zima ma swój urok, a lepszego narkotyku jak góry nie ma!!!!!

                                           Zapraszam do galerii zdjęć.                      uczestnik - Janina Filipek