galeria zdjęć

 

 

Kierunek Chocz!

 

  Druga w tym roku wyprawa grupy wysokogórskiej MOK zaplanowana została na Wielki Chocz. Mimo ostrego mrozu i przejmującego zimna, zebranym w pełnej gotowości na parkingu uczestnikom wycieczki dopisują dobre humory i optymistyczny nastrój. Trudne warunki pogodowe zapewne jednak wpłynęły na frekwencję i okrojony skład naszej grupy, ponieważ na zdobycie Chocza zdecydowało się ostatecznie 20 osób.

            Po oficjalnym przywitaniu przez przewodnika, punktualnie o godz. 6 rano wyruszamy w kierunku naszej wspólnej wędrówki. Większość uczestników wycieczki regeneruje jeszcze organizm przed wspinaczkowym wysiłkiem, co oznacza, że prawie dwugodzinna podróż przez Chyżne i Dolny Kubin mija nam w ramionach Morfeusza. W okolicach tej ostatniej miejscowości ma miejsce pobudka, po której przewodnik informuje nas, że mamy czego żałować, ponieważ przespaliśmy przepiękne widoki mijanych miejsc. Jesteśmy tym faktem lekko zaskoczeni, gdyż zza okien busa niewiele widać, wciąż jest ciemno i bardzo mglisto. Wszystko więc wskazuje na to, że wspomniana piękna perspektywa trasy to efekt bogatej wyobraźni naszego przewodnika.

            Po dotarciu na miejsce, spotyka nas bardzo miła niespodzianka. Okazało się, że jedna z koleżanek obchodzi imieniny. Z tej okazji własnoręcznie upiekła przepyszny sernik, którym następnie poczęstowała całą grupę. Rozkoszując się wybornym smakiem placka, spontanicznie odśpiewaliśmy wszyscy radosne sto lat, składając jednocześnie serdeczne życzenia solenizantce.

            Po tym miłym akcencie, pełni sił i energii energicznie opuszczamy busa i doświadczamy pierwszego zderzenia z górskim powietrzem. Wielki Chocz jest górą, która w przeszłości była już celem wielu wędrówek naszej grupy, a trasa na szczyt była dobierana w zależności od warunków pogodowych.

W tym miejscu należy odnieść się do często pojawiającego się błędnego mitu mówiącego o tym, że Wielki Chocz jest górą niezbyt wymagającą. Należy podkreślić, że jest wręcz odwrotnie. Mimo iż odległość do szczytu to 5 kilometrów, to kluczowe w tym aspekcie jest do pokonania duże przewyższenie, które wynosi około 1000 metrów. Porównując, analogiczna sytuacja występuje podczas drogi z Hotelu Śląskiego na Słowacji, do szczytu Gerlach i w tym przypadku wspomniana trasa robi duże wrażenie.

            Tym razem wędrówkę rozpoczynamy z centrum wioski Valaska Dubova. Dokładna trasa wiedzie od kościoła, przy którym położona jest wznosząca się następnie do góry krajoznawcza ścieżka. Na dalszym etapie trasy wtapia się ona w las, w którym mamy możliwość obserwować piękne zaśnieżone drzewa i niepowtarzalną naturę przyrody. Jednocześnie warunki wędrówki ulegają znacznemu pogorszeniu, ponieważ trasa jest coraz bardziej śliska i uciążliwa. Wprawdzie pokonujemy ją jeszcze bez konieczności używania raków, jednak należy bardzo uważać na każdy krok stawiany na tej trudnej i śliskiej nawierzchni. Mimo sporego wysiłku fizycznego związanego z pokonywaniem kolejnych trudnych odcinków, nie opuszczają nas dobre nastroje. Jednym z przewodnich tematów są opowiadania dotyczące sławnego 5-gwiazdkowego hotelu, do którego dotarcia nie możemy się już doczekać.

W przekazywanych relacjach hotel przedstawiany jest niewątpliwie w samych superlatywach. Uczestnicy podkreślają, że jest to wyjątkowe miejsce, w którym wykwintne dania oraz wyborne alkohole z najwyższej półki, podawane są przez przepiękne kelnerki szczodrze obdarzone przez naturę. W dyskusji o urokach i wyjątkowości tego miejsca wskazuje się również na pewien mankament związany z wysokimi cenami, które jednak wynikają z faktu, że mamy do czynienia z hotelem pierwszorzędnej kategorii, świadczącym usługi na najwyższym poziomie.

Wszystkie te informacje zasmuciły jednego z uczestników, który po raz pierwszy bierze udział w wędrówce na Chocz. Kolega podkreślał, że kompletnie nie miał świadomości takich wysublimowanych i wykwintnych atrakcji. Dlatego też nie zabrał większej ilości gotówki, by móc skorzystać z tej kunsztownej oferty hotelu. W tej sytuacji pozostali uczestnicy solidarnie pospieszyli z pomocą. Padły bowiem zapewnienia i oferta udzielenia specjalnej pożyczki, przeznaczonej na skorzystanie z serwowanych przez hotel atrakcji. Deklaracje te spotkały się z radosnym odbiorem przez kolegę, który w ich wyniku znacznie przyspieszył kroku. Zapewne wynikało to z faktu, iż nie mógł się już doczekać chwili dotarcia do tego ze wszech miar kultowego miejsca.

            Do hotelu pozostał jednak jeszcze spory kawałek trasy do przejścia. Droga mija jednak w bardzo przyjaznej atmosferze i kolejne odcinki pokonujemy z uśmiechem na ustach, podziwiając piękno natury i wspaniałe krajobrazy. Trasa z czasem staje się coraz trudniejsza i po przejściu kolejnego wymagającego etapu, docieramy do wielkiej skały, zwanej Janosikowym stołem. W tym miejscu należy przypomnieć, że podczas zeszłorocznej wędrówki na Chocz, dokładnie tutaj czekał na naszą grupę sam Janosik. Co więcej, miło nas wówczas przywitał i poczęstował niezwykle rozgrzewającą herbatą z imbirem. Dlatego też wszyscy z dużym wyczekiwaniem wypatrywali najsłynniejszego zbójnika, który jednak tym razem nie zaszczycił nas swoją obecnością. W oczach wielu uczestników widać było pewien żal i rozczarowanie z tego powodu, przeplatające się jednak z nadzieją, że może będzie dane wypić imbirową herbatę z Janosikiem, na którymś z dalszych etapów wędrówki.

            Po krótkim odpoczynku w tym miejscu, ruszyliśmy dalej w kierunku szczytu i następnie dotarliśmy na pośrednią polanę, z której mogliśmy już obserwować zupełnie inne widoki. Z polany roztaczał się już bowiem szeroki pejzaż na wypatrywany przez nas masyw Wielkiego Chocza. W tym miejscu należy dodać, że do wyczekiwanego hotelu zostało już tylko kilka metrów. Dlatego też atmosfera podekscytowania i napięcia rosła z każdym krokiem, osiągając w pewnym momencie punkt kulminacyjny… który przerodził się w konsternację, osłupienie i następnie spore rozczarowanie. Z ubogaconej wyobraźnią wizji fenomenalnego hotelu nie zostało bowiem nic. Zderzenie z rzeczywistością dla osób, które pierwszy raz tutaj dotarły musiało być więc zaskakujące. Nie było pięknych kelnerek, wszelkich wirtuozerskich rarytasów i zapierającej dech w piersiach hotelowej architektury. W zamian pojawił się stary, wysłużony budynek, który był opatrzony szumnym i pompatycznym napisem „Hotel Chocz”, dumnie uzupełnionym pięcioma gwiazdkami. Mimo takiej reklamy, budynek bardziej przypomina szałas i najwyraźniej służył w przeszłości, jako schronienie podczas wypasu owiec. Obecnie jest miejscem noclegowym dla niewymagających turystów, poszukujących w jego prostocie i skromności pewnej formy ascetycznej łączności z górami.  Wewnątrz hotelu znajdują się bowiem dwa pomieszczenia. W jednym z nich rozlokowanych jest kilka ław, przeznaczonych do odpoczynku dla strudzonych górskich piechurów oraz miejsce na ognisko, które można rozpalić w mroźniejsze dni. Z kolei w drugim stoi kilka zdezelowanych, wysłużonych łóżek oraz naturalna forma klimatyzacji pomieszczenia, którą jest… dziura w dachu.

            W tych hotelowych okolicznościach rozpoczynamy spożywanie zasłużonego śniadania. Panuje bardzo radosna atmosfera i gorąca dyskusja, w trakcie której pojawia się nagle niepokojąca wiadomość, że dwóch kolegów prześladuje przeziębienie. Zasmuceni tym faktem zastanawiają się czy spadek formy nie odbije się podczas dalszej wędrówki na szczyt. Obawy te były jednak zupełnie niepotrzebne. Mamy bowiem ręce, które „leczą” i sprawdzone metody radzenia sobie z zaistniałą sytuacją. Dlatego też wskazane było odpowiednie przyrządzenie działającego niezwłocznie medykamentu, dzięki czemu na górze po chorobie nie zostało ani śladu.

            Po zasłużonej przerwie, wyruszyliśmy w dalszą drogę, kierując się na szczyt zimowym szlakiem. Z każdym krokiem mamy możliwość obserwować zmieniające się, przepiękne widoki górskiej panoramy. Trzeba przyznać, że pogoda nam sprzyja, ponieważ towarzyszem lekkiego mrozu, jest piękne, intensywne, poranne słońce, które idealnie komponuje się z ciągle zmieniającymi się kształtami chmur oraz zaśnieżonymi górami. Dodatkowo są one pokryte puchową pierzyną, co daje po prostu zapierające dech w piersiach widoki. Dlatego też zupełnie naturalnym było, że w drodze jeszcze dwukrotnie zatrzymywaliśmy się w celu podziwiania niepowtarzalnej panoramy Tatr, która tego dnia była dosłownie fascynująca.

           Po kolejnym odcinku marszu, rozpoczyna się ostatni etap w podejściu na szczyt. Tym razem droga prowadzi zdecydowanie węższą ścieżką, która wiedzie między częściowo wystającą spod zmrożonego śniegu kosodrzewiną. W tym miejscu występuje również zabezpieczenie szlaku w postaci łańcuchów, które jak się okazało są bardzo przydatne w niezwykle trudnych i wymagających zimowych warunkach.

            Po prawie trzygodzinnej wspinaczce, w końcu nadchodzi ten wyczekiwany moment i zdobywamy szczyt Wielkiego Chocza. To co każdy z nas ma okazję zobaczyć, przechodzi zapewne nawet najśmielsze oczekiwania. Wyłaniające się przed nami obrazy i górska panorama jest po prostu bajeczna. Dolne partie gór pokryte są białymi chmurami, ponad którymi poprzez krystaliczną czystość powietrza podziwiamy całą panoramę Tatr a także szczyty Wielkiej i Małej Fatry.

Następnie ma miejsce już tradycyjny ceremoniał, podczas którego przewodnik poprzez uścisk dłoni składa serdeczne gratulacje uczestnikom z powodu zdobycia kolejnego szczytu. Z jego oczu można wyczytać niezwykłą satysfakcję z powodu wybrania odpowiedniego terminu wyjścia na Chocz. Uczestnicy zdecydowanie podzielają zadowolenie przewodnika z tego powodu, a zapierające dech w piersiach widoki działają niezwykle regenerująco. Dlatego też, mimo wyczerpującej trasy, prawie kilometrowego przewyższenia na krótkim odcinku, praktycznie w ogóle nie czujemy zmęczenia. Oddajemy się majestatowi gór, chłonąc ich piękno i nasycając się unikalnością oraz niepowtarzalnym pięknem dzisiejszych widoków. Trudno je z czymkolwiek porównać, choć pewne podobieństwo nasuwa się z występującym niezwykle sporadycznie w Tatrach zjawiskiem „Widma Brockenu”. Dla osób mniej zorientowanych warto wyjaśnić, że jest to rzadki proces w górach, polegający na zaobserwowaniu własnego cienia na chmurze. Co więcej, zdarza się, że zjawisko to występuje również z tęczową obwódką i tego fenomenu optycznego nasza grupa miała również przyjemność doświadczyć. Nadmienić należy, że kolega Rysiu przekonywał nas, iż zaznał jeszcze pogłębionej wersji tego zjawiska. Twierdził bowiem, że osobiście zaobserwował również specyficzną obwódkę, wręcz swego rodzaju aureolę nad swoją głową. Uwzględniając charakter i osobowość kolegi można przypuszczać, że właśnie tak było w jego przypadku. Szczególnie, że obchodził on wówczas okrągłą rocznicę urodzin i tutaj dla jego wiadomości dodam, że na pewno nie było to w zeszłym roku.

            Wracając do krajoznawczych aspektów naszej wycieczki, należy podkreślić, że Wielki Chocz położony jest w specyficznym miejscu. Umiejscowiony jest bowiem pośrodku masywu i otoczony dookoła innymi szczytami, na które roztaczają się przepiękne widoki. Dlatego też naturalną koleją rzeczy, wręcz już tradycją na szczycie, był popis wiedzy przewodnika ze znajomości topografii terenu i wymienianych w ekspresowym tempie nazw wszystkich okolicznych szczytów. Trzeba przyznać, że ta ogromna wiedza robi ogromne wrażenie i budzi szacunek, częściowo onieśmiela ale zarazem skłania do refleksji nad zgłębieniem własnej znajomości topografii, będącej ważnym aspektem górskich wędrówek naszej grupy. Ja osobiście  mógłbym wymienić tylko kilka najważniejszych, choć pewność odnośnie trafności rozpoznania byłaby najlepsza, w sytuacji gdyby na górze znajdował się charakterystyczny krzyż.

Kolejnym już elementem tradycji po zdobyciu szczytu, jest często przywoływany w sprawozdaniach, poczęstunek słynnym ciastkiem Rysia. Jego spożywanie to prawdziwa poezja smaku, wręcz nieopisana uczta dla zmysłów. Nie inaczej było tym razem. Wszyscy rozsmakowali się wybornym specjałem, a płynące z tego faktu radość i zadowolenie dały się jednoznacznie zauważyć na twarzach uczestników.

          Należy podkreślić, że cały czas towarzyszy nam przepiękna pogoda. Wygrzewamy się w promieniach słońca, w dalszym ciągu podziwiając niezapomniane widoki i otaczającą nas przepiękną przyrodę, delektując się nią po prostu. W międzyczasie posilamy się przygotowanym prowiantem i rozgrzewamy gorącą herbatą. W tak radosnej i przyjaznej atmosferze następuje kolejny punkt programu, którym jest osobisty wpis do znajdujące się na górze książki. Ja wpisałem krótkie, acz wymowne sformułowanie "ja tu byłem, ty pewnie też", odnoszące się do zdobycia przez nas szczytu, jak również kolejnych piechurów, którzy będą mieć w przyszłości możliwość wejścia na tę przepiękną górę. Chocz jest dla mnie szczytem, który udało mi się zdobyć po raz trzeci i osobiście marzę, by móc tutaj jeszcze kiedyś wrócić.

            Kolejnym stałym punktem na szczycie jest również zrobienie pamiątkowej fotografii grupy. Warto podkreślić, że dzisiaj nie ma żadnych utrudnień technicznych i bez żadnego problemu fotografujemy się we wszystkich możliwych ujęciach i perspektywach gór. Z uśmiechami na twarzy, odzwierciedlającymi naszą radość i zadowolenie ze zdobytego szczytu i przepięknych widoków robimy kolejne pamiątkowe zdjęcia.

         Po tej ważnej czynności nadchodzi najmniej pożądany moment. Przewodnik ogłasza, że powoli czas na szczycie dobiega końca i za kilka minut zarządza zejście w dół. Powoli zaczynamy się do tego przygotowywać i pakujemy swoje rzeczy, jednocześnie oddając się przyrodzie spoglądamy pożegnalnie na zjawiskowe widoki.

Zejście ze szczytu okazuje się sporym wyzwaniem, ponieważ wiedzie bardzo śliskim i jednostronnym zboczem. Mimo wszystko, nie nastręcza nam to większych problemów, ponieważ jesteśmy dobrze przygotowani i użycie raków w tym terenie sprawdza się idealnie.

           Po drodze mijamy opisany dokładnie powyżej „Hotel Chocz”. Tym razem nie zatrzymujemy się w nim, jednak jak to zazwyczaj ma miejsce wymieniamy na jego temat kilka żartobliwych uwag. W trakcie dalszej trasy mijamy również „Janosikowy stół”, przy którym ponownie nie zastajemy znanego górskiego bohatera. Następnie docieramy do słynnej „Janosikowej karczmy”, gdzie wedle legendy pojmano Juraja Janosika. Na centralnej ścianie lokalu widnieje kluczowa informacja, mówiąca o tym, że w 1713 roku, w tym miejscu został pojmany ten najsłynniejszy zbójnik. Uzupełnia ją wiadomość, że został on wydany przez starą bachorkę  za 200 dukatów. Należy w tym miejscu podkreślić, że wewnątrz karczmy zobaczyliśmy bardzo ciekawe malowidła oraz płaskorzeźby przedstawiające sceny z pojmania Janosika.

          Karczma serwuje różne specjały, których chętnie kosztujemy i trzeba przyznać, że smakowały bardzo wybornie. Posileni i zregenerowani odchodzimy od stołów, żegnając się z miłą obsługą zapewniamy, że w przyszłym roku ponownie zawitamy w ich progi.

Następnie kierujemy się w stronę busa, by rozpocząć ostatni etap trasy dzisiejszego dnia. Czas podróży mija nam bardzo sympatycznie, gdyż praktycznie całą drogę wykorzystujemy na śpiewanie kolęd. W tym miejscu trzeba podkreślić, że wśród części uczestników, spontanicznie zostały odkryte talenty wokalne. Tym samym należy zakomunikować i pochwalić się, że w grupie wysokogórskiej MOK utworzył się chórek, którego nie powstydziłby się niejeden profesjonalny chór parafialny. Wyśpiewując kolejne zwrotki kolędy „Do szopy hej pasterze”, szczęśliwie dojeżdżamy do przystanku końcowego. Po wyjściu z busa następuje chwila wzajemnych podziękowań i pożegnania, a na twarzach uczestników rysuje się ogrom satysfakcji i zadowolenia, gdyż była to bardzo udana wycieczka, będąca niewątpliwie prawdziwą ucztą dla duszy i ciała.

                                                                                                   Z górskim pozdrowieniem, posunięty w czasie uczestnik wycieczki Tadeusz.