galeria zdjęć

 

„Jeżeli ktoś mówi Ci, że coś jest niemożliwe, to pamiętaj, że jest to niemożliwe dla niego, a nie dla Ciebie………”

 

       Tak szybko płynie czas  i znów grupa wysokogórska MOK  Jordanów rusza w góry. Dziś tj. 04 czerwca mierzymy po raz pierwszy na dziewiczy  szczyt - jeszcze nie zdobyty . To Salatin w Niżnych Tatrach na Słowacji. Na jordanowskim zebrał się spory tłumek turystów, a co ciekawsze około jedna trzecia to świeżynki. Jak się okazuje niektórzy zarwali nocy, aby dojechać do Jordanowa na wycieczkę. Alicja dotarła nawet z Mysłowic , co świadczy  o popularności grupy w Polsce.  Jedziemy z przewodnikami Andrzejem i  Zenonem znaną  trasą  przez Chyżne, Twardoszyn,  Dolny Kubin czyli Orawę, by dalej kontynuować podróż przez Liptów. Przejeżdżamy  rzekę Wag w Rużomberoku  i  udajemy się do wioski Ludrova. Po drodze mieliśmy okazję podziwiać Orawskie zamki posadowione na skale, podświetlone porannym słońcem. Dalej  Kubińska Hola i majestatyczny Chocz po drugiej stronie. Następnie ukazała się Mała Fatra i  likavskie ruiny zamku oraz Niżne Tatry. A Zenon  dzielił  się z grupą wiedzą i ciekawostkami. Ludrova -/ 560mnpm/  to taka typowa słowacka wioska, wpleciona  w Dolinię  Ludrovską.  Ma swój urok  i mam wrażenie, że czas się tam zatrzymał. Niewielkie domostwa, swoisty , gospodarski zapach, krowy na pastwiskach, piętrowy ul i mały strumyczek .Cisza i spokój zmącona śpiewem ptaków. Zielono na dole, błękitnie na górze. Dookoła górskie zbocza. Nie wiem czy to sielanka czy real. Jest piękny, słoneczny dzień i w grupie pozytywna atmosfera. Kawałeczek podążamy doliną , by od szlako wskazu skręcić za zielonymi znakami w las i cierpliwie , systematycznie podążać w górę. Im wyżej tym ciekawiej. Mijamy Przełęcz pod Kohutom -  /953mnpm/, by troszkę wyżej z widokowego miejsca w towarzystwie drwali wyciągających drzewo zjeść śniadanie. Słonce niemiłosiernie grzeje, jest parno ale są  boskie widoki. Już z tego miejsca widzimy w dole wioskę i część Rużomberoka, Liptowska Marę. Oczywiście Chocz z Prosecznym , masyw Siwego Wierchu, Salatyny, Pacholą i Spaloną a nawet Barańca. A drugiej strony Banikova. Ruszamy i mimo, że pot spływa z czoła ciągniemy w górę. Ochłodę przynosi las i dobrze. Mijamy mały szałas pod Krivaniem - /1233mnpm/, w którym można w razie draki zanocować.  I od  tego miejsca leśna ścieżka raz ciągnie w górę to znów się obniża  by wrócić do wyższego   poziomu. I oto Bohunovo -/ 1311mnpm/- tablice Narodnovo Parku. Natrafiamy na gąszcz powalonych, suchych drzew, przez które nie łatwo jest się przedostać. Las przerzedza  się i  spotykamy  się pojedyncze, białe skałki. Podążamy granią przypominającą ukraińskie klimaty z ukwieconymi łąkami. A wśród nich okazy pierwiosnka alpejskiego, goryczki bezłodygowej , rzadkiej zarzyczki  górskiej, stroczyka  fioletowego żółtego, żółtego pełnika oraz ciemiężycy zielonej. Zalegamy na Upłazkach -/1428mnpm/ i tu już chłodzi Nas zimny zefirek. Ale za to mamy przed oczyma Nasz cel, kawał zalesionej góry  - Salatin. Fotografowie uwijają się, bo sceneria jest tego godna.  Na horyzoncie pojawiają się ciemne chmury, ale na szczęście wiatr je przegania. Czas iść dalej. Podchodzimy na Przełęcz pod  Małym Salatinem -/1420mnpm/. By rozpocząć  atak, musimy opuścić się w dół, potem trawersować zalesione zbocze i w górę. Kończy się las i kluczymy  wąziuteńkimi  ścieżkami wśród wysokiej, dzikiej  i drapiącej kosówki. Słońce grzeje ,  ulatniają się zapachy eterycznych olejków i  znowu przypomina  mi się Ukraina.  Podejście do celu jest długie i żmudne, ale osiągamy  go tuż po godz. 12-ej. Jakaż jest radość  zwłaszcza wśród  nowych uczestników, kiedy przyjmują  gratulacje od przewodników i wspólnie pałaszujemy „Rysiowe” ciasteczka. Tak jak kiedyś powiedziałam „cóż warta byłaby wycieczka, bez Rysia i ciasteczka”.            

        Sam szczyt  to wycięte miejsce w kształcie koła  wśród kosówki  ze słupkiem i tablicą Salatin -1630mnpm. Ponieważ jesteśmy dużą grupą, niektórzy zalegają  pokotem zajmując  nawet ścieżkę. Aż miło popatrzeć, jak  ludzie mogą być szczęśliwi z osiągnięcia celu mimo fizycznego zmęczenia. No cóż, trochę opisu: Niżne Tatry rozciągają się na południe od Tatr, odgrodzone głębokimi kotlinami  Spisza  i Liptowa. Dalej, na południe leżą Rudawy Słowackie. To „Karpaty w pigułce”. Wydaje się niemal, że to sama natura postanowiła zebrać to co najlepsze w Karpatach i zmieścić w jednym paśmie. Granitowy masyw i urwiska Dżumbiera nieodparcie kojarzy się z Tatrami, rozległa Kralova Hola przypomina Połoniny Bieszczadów, zaś  Ohniste tj. wapienna góra o niecodziennym kształcie, przywodzi  na myśl Rozsutce  z MałejFatry.  A są  jeszcze beskidzkie łąki na Chochulach i Kecce oraz gorgańska kosodrzewina na Salatinie. Przestrzeń... dla mnie te góry to przede wszystkim przestrzeń. Zupełnie inna niż tatrzańska, mam wrażenie, że bardziej przyjazna. Natomiast  Salatin jest najwyższym szczytem północno- zachodniej części  Parku Narodowego. Jest to szczególna, osamotniona góra w kształcie stożka, z wąską płaszczyzną na szczycie porośnięta kosówką. To atrakcyjnie turystyczny szczyt, ale wszystkie jego wejścia  w zakończeniu są  strome. Andrzej precyzyjnie przedstawił Nam panorami .Mamy  piękny widok na Kotlinę Liptowską z Marą , Chocz, w lewo z tyłu Kubińska Hola, Mała Fatra, Wielka Fatra, Grupa Zvilenia, Kozie Grzbiety, Niżne Tatry-  grań główna   z Praszivą, Chochula,,Latiborska i Zamostka  Hola, Durkova i Cahbenec, daleko Chopok.  Niestety nie widzimy teraz Tatr Zachodnich.

          Posileni z ugaszonym pragnieniem wracamy już za czerwonymi znakami. Teraz czeka Nas bardzo strome 400 metrowe pionowe zejście na Roztocką Przełęcz -/1233mnpm/, więc bardzo ostrożnie opuszczamy się wśród nierówności i po usypującej się ścieżce. Już z przełęczy mamy z tej strony obraz wielkiej zielonej góry z porozrzucanymi skałkami. Potem już wygodną, szutrową  drogą przemierzamy bardzo  długą  Dolinę Roztocką. Schodzimy do wioski  Liptovska Lużna  i tu sumujemy wrażenia gasząc pragnienie w miejscowym gościńcu.  Cudowne wrażenia, piękne widoki, wspaniała  przyroda i brak tłoku na trasie to atuty aby tam wrócić. W dniu dzisiejszym przeszliśmy około 18 km i pokonaliśmy 1300metrów deniwelacji. Teraz wiem, skąd biorą się wariaci, którzy zamiast siedzieć w domu i oglądać seriale, wychodzą w góry. Tutaj świat duchowy człowieka przybiera nowego kształtu. To nie tylko odkrywanie różnych wymiarów adrenaliny i aktywności fizycznej. To przede wszystkim spotkanie z samym sobą. Tu, gdzie królują chmury, a na głowę padają promienie bliżej o tysiąc sześćset  metrów a troski dnia codziennego ulatują lekką strugą. Człowiek czuje, że żyje!   Z górskim pozdrowieniem.

                                                                           Zapraszam do galerii zdjęć.                                         Janina Filipek