galeria zdjęć

 

„Kocham ten wilgotno korzenny zapach Bieszczad. Lubię tam co chwila wracać i otulać się siwymi mgłami, wiszącymi nad Ustrzykami, gdy doleje większym deszczem. A Ustrzyki, jak na prawdziwą dziurę przystało, kończą się szybciej, niż zaczną……………”

Zmieniamyklimaty i wybieramy się po przygodę tym razem w Bieszczady. Późnym wieczorem   w piątek lokujemy się w Białym Hoteliku w Ustrzykach Górnych. To wspaniałe miejsce na wypady w wysokie partie gór, położone w sercu Bieszczadzkiego Parku Narodowego.

I dzień :

Ustrzyki Górne- Wielka Rawka, Krzemieniec, Mała Rawka, schronisko pod Mała Rawką.

            Trochę zmęczeni podróżą i snem w nowym miejscu rozpoczęliśmy przygodę w Bieszczadach. Ruszyliśmy z parkingu przy drodze do Ustrzyk Górnych w kierunku Wielkiej Rawki za niebieskimi znakami. W dole utrzymywała się mgła, ale prognozy nie były najgorsze. Więc  mostek na rzeczce  i usłana liśćmi  ścieżka. Kolorowe  i  mokre bukowe lasy a w nich pełno błota. Od czasu do czasu kładki drewniane ułożone na bagnistych miejscach. Co niektórzy ślizgali się jak na lodowisku. Wyżej już błękitne niebo i przebijające się promienie słońca sprawiły, że mogliśmy obserwować w tym głębokim borze różne wytwory przyrody. Nie dość, że kolorowe to jeszcze powyginane w uścisku albo rosnące w kamieniu drzewa. Po drodze wiata turystyczna, więc czas na wzmocnienie energetyczne. Potem już tylko w górę. Po wyjściu z lasu widzieliśmy nasz cel Wielką Rawkę. Trawiastymi halami w towarzystwie gołych jarzębin monotonnie i uparcie wspinaliśmy się na szczyt. Byłam zaskoczona,  że właśnie jarzębiny nie mają ani jednego ziarnka owocu, ani też liści. Wielka Rawka -  1304mnpm – najwyższy punkt pasma granicznego. Zaczęło wiać ale za to widoki były przednie. Byliśmy w sercu Bieszczad i sięgaliśmy  wzrokiem od Bukowego Berda, przez Krzemień, Tarnicę, Halicz, Rozsypaniec, Szeroki  Wierch, Czeremchę  a daleko Karpaty ukraińskie z Pikujem  i Ostrą  Horą.Z drugiej strony Smerek, Hnatowe Berdo , Połonina Wetlińska  i  Caryńska. Kolorów traw i lasów nie dało  się opisać. Ruszyliśmy na trój styk  granic Polski, Słowacji i Ukrainy - Krzemieniec. Tu już rzucały się w oczy polskie   i ukraińskie słupki graniczne, więc wędrowaliśmy  wzdłuż granicy. Pojawił się też niepostrzeżenie patrol wojskowy. Opuściliśmy się w dół, by znowu nieznacznie podchodzić aż do szczytu Krzemieńca – 1221mnpm. Poniżej zwizytowaliśmy  pokaźny obelisk   z nazwami państw granicznych. Grupowa fotka  i fotografująca Słowaczka, aby wymusić szeroki uśmiech opowiedziała  Nam dowcip o żabie. Zaczęło się chmurzyć, więc nie zabawialiśmy  tu długo. Wróciliśmy  na Wielką Rawkę i już trochę  lasem i grzbietem połonin wędrowaliśmy  na Małą Rawkę za żółtymi znakami. Minęliśmy  betonowy słup -punkt odniesienia geodezyjnego, a w czasie zaborów austriackich punkt triangulacyjny – jak  to Nam dogłębnie wyjaśniła Beatka. Mała Rawka- 1272mnpm to rzut beretem, ale po drodze minęliśmy  sporo turystów. Dalej już prawie  pionowo w dół po śliskich schodkach za zielonymi znakami opuściliśmy się aż do granicy lasu. Potem powtórka z rozrywki: kolorowo, ślisko  i stromo. Kobierce liści przykrywają wystające korzenie i……. ? Przy Bacówce  Pod Małą Rawką dopadł Nas niewielki deszcz. Trochę odpoczywaliśmy , degustowaliśmy  miejscowe specjały i czas na powrót. Spacerkiem doszliśmy na Przełęcz Wyżniańską  i bus odwiózł  Nas  do hotelu. Tak na łonie natury, podziwiając  piękno Bieszczad i doznając trudu ich ogarnięcia zakończyliśmy pierwszy dzień.

II dzień    

Pszczeliny – Widełki, Bukowe Berdo, Krzemień, Przełęcz Goprowska, Przełęcz pod Tarnicą, Tarnica, Szeroki Wierch, Ustrzyki Górne.                                                                                                                                                                 

           Wystartowaliśmy z małego parkingu w Pszczelinach – Widełkach, gdzie ma początek szlak niebieski na Bukowe Berdo. Budka z biletami i leśnik , który palił ognisko, sprzedawał  miejscowe specjały  i wyroby  ludowe. Pogoda Nam sprzyjała, tradycyjne lekkie mgiełki z rana niczym firany nad kolorowymi lasami.  Mieszane lasy a w nich pełno grzybów. No i  pięliśmy  się w górę rozbierając się     z cebulek. Koledzy zbierają  grzyby, więc  kolacja będzie urozmaicona. Po dojściu do wiaty wiemy,  że zbliża się koniec lasu. Więc posiłek i za krótki czas wyszliśmy na piękną, trawiastą połoninę Bukowe Berdo. Szczyt ten ma kilka wierzchołków, a im wyżej tym robi się ciekawiej. I również bardzo mocno wiało, tak że zakładaliśmy kaptury chociaż świeciło  słońce. Rozkoszowaliśmy   się widocznymi przed Nami szczytami  dzisiejszej wędrówki, czyli Krzemienia, Tarnicy i Szerokiego Wierchu. Po drugiej stronie była jak na dłoni wczorajsza trasa. Najwyższy punkt Bukowego Berda – 1321mnpm. Pojawiły się najeżone  skałki na połoninie. Po przejściu całego grzbietu Bukowego Berda obniżyliśmy się na chwilę, żeby przeciąć masyw Krzemienia  i zejść po niezliczonych schodach na Przełęcz Goprowców – 1161mnpm. Potem  znowu po  następnych, ale już policzonych przeze mnie schodach / 850/  dotrzeć na Przełęcz  pod Tarnicą – 1285mnpm.  Do najwyższego szczytu Bieszczad pozostało nam kilkanaście minut. Tarnica – 1346mnpm z okazałym krzyżem na szczycie robi wrażenie. Krzyż posadowiono z okazji jubileuszu 2000- lecia i pontyfikatu Jana Pawła II. Sporo tu ludzi fotografującyc  i podziwiających widoki. Jeszcze mamy trochę panoram polskich połoninnych  Bieszczadów, bo od Ukraińskich Karpat  nadciąga jakaś ciemność. Zeszliśmy na Przełęcz  z powrotem, by kontynuować wędrówkę przez Szeroki Wierch za czerwonymi znakami. Oglądając się do tyłu widzieliśmy Tarnicę z innej perspektywy . Było pochmurno więc kolory trochę zbladły. Wielkie, szumiące trawy nadawały klimat połoninom. Dalej gęstym lasem po bardzo dobrze wyznakowanej ścieżce obniżaliśmy  się  w dół. Znowu w bagnistych miejscach położono drewniane mostki. Zejście do Ustrzyk Górnych to już było powolne delektowanie się  widokami   i klimatem Bieszczad, który staraliśmy się chłonąć przez cały dzień wędrówki.

III dzień

Wołosate, cerkwisko, Przełęcz pod Tarnicą, Tarnica, przełęcz Goprowska, trawers  Krzemienia   i Kopy Bukowskiej, Halicz, Rozsypaniec, Przełęcz Bukowska, Wołosate.

              Wędrówkę w  rozpoczęliśmy w Wołosatem. Przed II wojną światową była to duża wieś. Znajdowała się w niej przepiękna drewniana cerkiew w stylu bojkowskim. Niestety Wołosate podzieliło tragiczny los większości  bieszczadzkich wsi. W 1946 roku w ciągu jednej nocy jej mieszkańcy przeszli wraz z dobytkiem przez przełęcz Beskid na ukraińskie Zakarpacie. Opuszczone domostwa i cerkiew prawdopodobnie spaliła jedna z sotni UPA. Z dawnej wsi pozostał jedynie cmentarz z kilkunastoma nagrobkami  i cerkwisko czyli miejsce, gdzie stała cerkiew z krzyżem postawionym w miejscu dawnego ołtarza. Od chwili zadumy na tym cerkwisku rozpoczęliśmy wędrówkę.

             Mieliśmy nawet słońce i pogodne niebo.Za niebieskimi znakami  szliśmy najpierw przez rozległe polany, potem lasem pełnym muchomorów. Podchodziliśmy  systematycznie w górę zagłębiając się  w kolorowy las. Pięknie prezentowało się całe zbocze i  usłana wielokolorowymi  liśćmi ścieżka. Zaczęło się chmurzyć. Po wyjściu z lasu ukazała się Tarnica, która górowała na Nami  i była nawet trochę ośnieżona. Zrobiło się zimno , więc w ruch  poszły kurtki, bo  z zachmurzonego nieba zaczęło prószyć. Znowu schody jak to bywa w Bieszczadach  i Przełęcz pod Tarnicą. Krótka powtórka wizyty na szczycie Tarnicy i o dziwo tu pusto. Ponownie stąpaliśmy po 850 schodach  już za niebiesko – czerwonymi znakami się na Przełęcz Goprowców, by przy wiacie naładować baterie. Od Przełęczy Goprowskiej – 1160mnpm za czerwonymi znakami  najpierw przez bagniste łąki, potem trawersem Krzemienia i Kopy Bukowskiej podchodziliśmy na Halicz – 1333mnpm. Masywny, charakterystyczny krzyż i zimno. Wiał mocny wiatr, nawet coś lekko sypnęło w postaci białej kaszy. Więc  wędrowaliśmy  dalej nie bacząc na aurę. Kolejnym szczytem był Rozsypaniec – 1273mnpm, faktycznie z rozsypanymi skałkami  i  kilkoma wierzchołkami. Jak to czasem bywa, że  dla turystów poprawia się pogoda i już przy zejściu na Przełęcz Bukowską mieliśmy słońce. Pojawiły się znowu znaki graniczne z Ukrainą  i w końcu zeszliśmy do drogi szutrowej  zagrodzonej drewnianą rampą. Mimo, iż po dalszych  graniach połonin biegła wyraźna ścieżka, to nie próbowaliśmy tam zaglądać. Pozostało nam zejście do Wołosatego właśnie ową, długą drogą szutrową z resztkami starego asfaltu. Ale całą drogą towarzyszyły Nam piękne kolory jesieni bieszczadzkiej i błękitne niebo. Zerknęliśmy nawet na żerowiska bobrów po drodze. Trochę zmęczeni ale zadowoleni z kolejnego dnia wylądowaliśmy  w hotelu.

IV dzień

Wyżnia Przełęcz nad Berehami, Połonina Wetlińska, Chatka Puchatka, grzbietem połoniny  obok Roha, Przełęcz Orłowicza, Wetlina.

         To ostatni dzień przygody w Bieszczadach więc  zaczęliśmy wędrówkę wcześniej niż zwykle. Na parkingu było pusto i otaczała Nas gęsta mgła. Co przyniesie dzień ?  – zadawaliśmy sobie pytanie. Nie bacząc na nic ruszyliśmy za żółtymi znakami w górę mokrą, gliniastą drogą wśród kolorowych drzew i krzewów. Wyżej  pojawiły  się wystające korzenie drzew, pokryte kobiercem liści. Monotonie zdobywaliśmy  wysokość  aż do wyjścia z lasu. No cóż połoniny były jeszcze bardziej zadymione, ale  w dole już widzieliśmy różnicę. Po okolicznych  grzbietach przeświecało słońce. Chatka Puchatka niczym z baśniowej opowieści, była  zatopiona w mgle i otoczona srebrnymi, falującymi trawami. Zasiedliśmy do porannego śniadania karmiąc łaszące się koty. I tak od słowa do słowa wspominaliśmy przeżyte  bieszczadzkie wrażenia . Za oknami zrobiło  się jaśniej i ujrzeliśmy  promienie słońca. Ruszył się wiatr  i pogonił czapę mgieł. Ruszyliśmy więc granią Połoniny Wetlińskiej – 1232mnpm za czerwonymi znakami. Trawersowaliśmy, szczytowaliśmy, obniżaliśmy się  po to, by wyjść znowu na grzbiet. Minęliśmy  Roha – 1255mnpm. Oczywiście, że  kolory jesieni  dominowały  na horyzoncie i nie tylko. Jeszcze oglądaliśmy się   z jednej strony na Połoninę Caryńską,  grupę Tarnicy, oraz pasmo graniczne słowackie, a z drugiej na Smerek oraz na przedeptane Rawki. Zeszliśmy  do Przełęczy Orłowicza – 1099mnpm , by za żółtymi znakami opuścić się  w dół do Wetliny. Nie starczyło czasu, by wejść na Smerek i Połoninę Caryńską, więc musimy tu wrócić. Kolorowy las dodał  Nam animuszu i zbiegliśmy do wiaty na krótki popas. Dalej to już był spacer i minięta spora  ilość różnorakich turystów.  W Wetlinie – Stare Siodło zapakowaliśmy się do busa i ruszyliśmy w kierunku Ustrzyk Dolnych. Przejeżdżaliśmy między innymi przez wieś Bereżki. Tutaj droga asfaltowa poprowadzona została przez dawny bojkowski cmentarz. Nie jest to niestety jedyny przykład braku poszanowania grekokatolickich cmentarzy. Dla przykładu  w Wetlinie i Ustrzykach Górnych w miejscu dawnych cmentarzy zbudowano parkingi.

        Zatrzymaliśmy się w miejscowości Smolnik, gdzie zwiedziliśmy drewnianą cerkiew grekokatolicką pw. św. Michała Archanioła. Jest to jedyna, klasyczna, bojkowska  cerkiew  w Bieszczadach – obecnie kościół rzymsko- katolicki  p w. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. W Polsce zachowały się tylko dwie takie cerkwie; druga znajduje się w skansenie w Sanoku. Potem przemieściliśmy się do Równi, by zobaczyć  drugą cerkiew  pw. Opieki Matki Bożej a obecnie  kościół  rzymsko – katolicki p w. Matki Bożej wspomożenia Wiernych. Jest to jedna z najpiękniejszych cerkwi w polskich Bieszczadach. Unikatowe zabytki wpisane są na listę dziedzictwa  UNESCO.

„Czas do domu czas……..” Tak przyszło Nam pożegnać się z Bieszczadami.  Z pięknymi , rozległymi połoninami, kolorowymi  lasami  i szczytami oraz  niepowtarzalnym klimatem. Widać było na każdym kroku  dbałość gospodarzy  tj. Parku Bieszczadzkiego Narodowego  i  PTTK  o szlaki, ścieżki edukacyjne, wiaty turystyczne i  każde miejsce dla turysty. Mieliśmy okazję degustować  miejscowe, tradycyjne specjały m. i  „ hreczanki”,   „ knyszę”, unikatowe kluski z mięsem  i czosnkiem niedźwiedzim. Dominował oczywiście jedyny w swoim rodzaju „barszcz ukraiński”.A to, że przenieśliśmy  olbrzymie ilości błota na butach – to akurat szczegół. Wrażenia pozostaną  i nie da się ich opisać  słownie.  Więc jeszcze tu musimy wrócić.  Do zobaczenia Bieszczady.

                                                                                                                                                                    Z górskim pozdrowieniem.           Janina Filipek