galeria zdjęć 

 

       Decyzja zapadła; śpimy o godzinę dłużej J, bo wyjazd na niedzielną wycieczkę z MOK Jordanów dopiero o szóstej (a nie o piątej jak początkowo planowano). Ostateczny cel wędrówki to Zbójnicka Chata w Dolinie Staroleśnej, jednej z największych dolin tatrzańskich. Wyruszamy około ósmej ze Starego Smokowca i idziemy zielonym szlakiem, wzdłuż kolejki szynowej na Hrebienok czyli po polsku Siodełko (1285 m). Ścieżka łagodnie wznosi się w górę wśród pięknie osypanych śniegiem krzewów i drzew. Nasz wielobarwny wąż, składający się z 29 osób, wije się malowniczo początkowo poprzez las, a następnie przez wyższe, zaśnieżone partie doliny. Zanim je jednak osiągniemy, zatrzymujemy się na krótko przy górnej stacji kolejki i węźle szlaków turystycznych, po czym kontynuujemy wędrówkę czerwonym szlakiem; fragmentem tzw. magistrali tatrzańskiej. Dochodzimy do najstarszego tatrzańskiego schroniska; tzw. Rainerowej Chaty z 1863 roku, która niestety jest zamknięta. Tutaj nasi przewodnicy zarządzają przerwę na jakże zasłużone śniadanie, które spożywamy przy lekko oprószonych śniegiem stolikach, przed schroniskiem.

       Pokrzepieni na ciele kontynuujemy wędrówkę niebieskim szlakiem. Ten odcinek trasy obfituje w piękne widoki, które niespodziewanie, wbrew wcześniejszym przewidywaniom (ze względu na złą pogodę i sypiący śnieg), owarzyszyć nam będą do końca wycieczki. I tak kolejno odsłaniają się przed nami po prawej stronie Rywocińskie Turnie następnie Mały i Wielki Kościół, Ciemniasta Turnia, Pośrednia Grań… Po przejściu przez Staroleśny Potok zaczynamy ostrzejsze podejście pod górę. Tutaj, na nieco eksponowanym trawersie, czekają na nas łańcuchy, które w zimowych warunkach bardzo się przydają. Śniegu jest sporo, momentami zapadamy się głębiej, po kolana, ale trasa jest w większości przetarta. Na szlaku spotykamy słowackich skiturowców, którzy wykorzystują dosyć obfity opad śniegu, by jeszcze w listopadzie rozpocząć sezon narciarski. Około południa możemy cieszyć się osiągnięciem celu naszej wędrówki; Zbójnickiej Chaty (1960 m) i przyjąć gratulacje od Andrzeja, naszego przewodnika i solenizanta. W jakże sympatycznym wnętrzu schroniska odprawiona zostaje mała, rytualna biesiadka, niezbyt rozciągnięta w czasie, ze względu na konieczność powrotu do cywilizacji. To są niezapomniane chwile przy wspólnym stole, na którym pojawiają się „rysiowe ciasteczka” i nie tylko J.Andrzej snuje marzenia o wyjściu na Świstowy Szczyt niedaleko schroniska, co technicznie byłoby osiągalne, ale ze względu na słowackie przepisy jest niestety niemożliwe. Powrót, to szybka utrata wysokości, dla niektórych kontrolowanym ślizgiem lub dupozjazdem. Tym razem przepiękne widoki również nam towarzyszą, potęgując nostalgię i żal, że nasza wycieczka zbliża się do końca. Chociaż góry to nie tylko widoki, to też ludzie z którymi łączy nas wspólnie spędzony czas. Ta więź „ludzi gór” odczuwalna jest na każdej wycieczce z MOK Jordanów, a przejawia się między innymi otwartością na innych, życzliwością i poczuciem humoru. I tak co drugi tydzień mamy okazję doświadczać tej wspólnoty na kolejnych wycieczkach, wzmacniając nie tylko nasze ciała, ale też i dusze. Góry z MOK Jordanów, niezależnie od pory roku i pogody, są zawsze niezwykłe, mistyczne i piękne!

                                                                                                                                                                                    Jadwiga