Aktualności

 

    galeria zdjęć

 

    Dziś góry pokazały Nam swój pazur i rzuciły na kolana ucząc pokory w odniesieniu do ich majestatu ……….. 

 

 

      Był bardzo wczesny ranek w dniu 08 kwietnia 2018r. Ludzie pełni pasji, pokory i szacunku do potęgi tatrzańskiego piękna, czyli turyści z MOK Jordanów, zamierzali dziś przejść Czerwone Wierchy  w warunkach jeszcze zimowych. To już był wyznaczony trzeci termin wyprawy, przesuwany z uwagi zagrożenie lawinowe i złe warunki w Tatrach. Zapowiadał się piękny słoneczny dzień, co już dostrzegliśmy w drodze do Zakopanego. Dojechaliśmy na Gronik /940mnpm/ ,by rozpocząć marsz od wlotu Doliny Małej Łąki i podążać za żółtymi znakami. Przez pewien czas były też znaki niebieskie na Przysłop Miętusi. Najpierw lasem, wygodną ścieżką, troszkę miejscami pokrytą lodem, wzdłuż Małołąckiego Potoku delikatnie wznosiliśmy się w górę, ale bez odczuwalnego zmęczenia. Doszliśmy do Wielkiej Polany Małołąckiej /1170mnpm/, rozświetlonej słońcem i przecięliśmy ścieżkę nad reglami z czarnymi znakami. Wokoło wytopiony śnieg i już widać było pojedyncze krokusy. Piękna dolina, a na wprost urwiste ściany Wielkiej Turni w masywie Małołączniaka. Zaczął wiać lekki zefirek, a nad szczytami przesuwały się szybko chmury co mogło oznaczać, że tam bardzo wieje. Bardziej na lewo prezentował się Giewont. Ponieważ przed nami nie lada wyzwanie, więc usiedliśmy do śniadania. Dalej przemierzaliśmy dno doliny, by odbić w lewo i znowu wspinać się najpierw przez las a wyżej Głazistym Żlebem. Podziwialiśmy Mnicha Małołąckiego w masywie Kopy Kondrackiej czyli Dziadka i Babkę. Było bardzo stromo, więc w odpowiednich odstępach ostrożnie i powoli robiliśmy wysokość po wydeptanych stopniach. Na razie raki były zbędne. Pięknie paradował krzyż na Giewoncie na niebieskim tle. Z tyłu prezentowała się Osobita w całej okazałości. I tak osiągnęliśmy Wyżnią Przełęcz Kondracką -/1765mnpm/. No cóż, Giewont na wyciągniecie dłoni , ale widząc co się dzieje nad szczytami odpuściliśmy dziś tę górę.Za żółtymi znakami zeszliśmy   na Niżną Przełęcz Kondracką. Tu przystanęliśmy trochę, żeby uzupełnić ubranie, bo wiało już niemiłosiernie.

    Powoli, szarpani wiatrem, z wielkim trudem podążaliśmy na Kopę Kondracką. Słońce przygrzewało, oślepiając promieniami odbijającymi się od śniegu. Ale za to szalał huragan rzucając nami jak snopkami. I tak krok do przodu i dwa do tyłu, z wielkim trudem weszliśmy na Kopę Kondracką 2005mnpm.Co rusz komuś zerwało czapkę z głowy, pofrunęła nawet kamizelka wyszarpana przez wiatr z uchylonego plecaka. Widoki były wyśmienite ale żeby je podziwiać trzeba było ustać na nogach. Jak na dłoni mamy Kopy Liptowskie, Kasprowy, Beskid, Skrajna i Pośrednia Turnia, Świnica, w lewo bliżej Kościelce, z tyłu Granaty, Koszysta a w oddali Lodowy, Mięguszowieckie z Rysami, na prawo od Świnicy za Kopami Krywań, przed nim Mur Hrubego, Koprowy, w prawo Niżne Tatry z Kralovą Holą, a blisko Małołączniak. Nad Krzesanicą ciemna chmura. Jeszcze Tatry Zachodnie od Brestovej po Banikovski, Tomanowa, Smreczyński, dalej Kamienista, Bystra z Błyszczem, za nimi w prawo Starorobociański, Rohacze, Wołowiec, bliżej Jarząbczy, Ornaki, Trzydniowiański z boku Rakoń i Grześ, Kominiarski, Osobita. Widać pasmo Pilska, Babiej Góry i w dole Zakopane z Gubałówką. Jeszcze pozostał Giewont i Tatry Bielskie. Szybka fotka i parę ryczących filmików, bo trudno utrzymać aparaty i telefony. Zapadła konsternacja co robić dalej….. Część grupy będzie próbowała iść dalej w kierunku Małołączniaka za czerwonymi znakami, na tyle ile się da. Niestety zabrakło jakieś 100 metrów do szczytu i musieliśmy odpuścić. Huragan rzucił Nas na kolana i nie było możliwości bezpiecznie iść dalej. Więc odwrót przez Kopę i do Przełęczy Kondratowej. Po drodze padło naturalnie kilka kijków przy zapadaniu się po tyłek w śniegu i walce z wiatrem.Za zielonymi znakami zeszliśmy zachowując wszelkie środki ostrożności do Hali Kondratowej. Tu dopiero odpoczęliśmy od ryku wiatru i mogliśmy delektować się otoczeniem doliny wraz z lazurem nieba. Ze żlebów Giewontu zeszło kilka szerokich lawin, bo widzieliśmy potężne lawiniska. W klimatycznej atmosferze w schronisku im Władysława Korygowskiego dzieliliśmy się wrażeniami, a było o czym opowiadać.

Oczywiście już na Kalatówkach była „krokusomania” i prawie lato.. A tej pięknej niedzieli przeszliśmy 15 km przy deniwelacji 1300m. Zatem gratuluję wszystkim i samej sobie hartu ducha, samozaparcia i wzajemnej pomocy. Właśnie w takich ekstremalnych warunkach poznaje się ludzi, którzy w trudnych momentach stanowią jedno i służą pomocą. Warunki były trudne, straty w ubiorze i w wyposażeniu, ale za to widoki nieziemskie. Więc jak tu nie kochać Tatr,  mimo wszystko???

Zapraszam do galerii zdjęć www.mokj.pl

Jasia Filipek

 

 

                   galeria zdjęć

 

„Góry rozpaliły w sercach naszych przepotężny ogień namiętności, największego skarbu, danego człowiekowi. Bo tylko wielka namiętność potrafi oderwać życie człowieka od szarzyzny bytowania i podnieść je ku wyżynom, skąd widać już jasne zorze nieśmiertelności"... Roman Kordys

              Skoro pełnia wiosny i 1 maja 2018r, to turyści z MOK Jordanów zaplanowali Małą Fatrę na Słowacji. Rejony tej pięknej krainy mocno Nas urzekły swoją prostotą, a zarazem bajkowością i postanowiliśmy ponownie ruszyć na podbój najwyższego szczytu w tym paśmie Wielkiego Fatrzańskiego Krywania. Przez Chyżne, Dolny Kubin, Tarnicę, Zazrivę, Terhovą podążaliśmy do Stefanowej. Już nastał długi dzień, więc po drodze podziwialiśmy wielkie słońce nad górami, zieleń i zieleń bez końca, kwitnące drzewa owocowe i „moje” na Orawie. Dostojnie górował nad rzeką Orawą, wkomponowany w skały Orawski Zamek i jakby zapraszał do odwiedzin. Ponadto Wielki Chocz i Góry Choczańskie dominowały nad szosą a w większości drogi towarzyszyła Nam rzeka Orawa. W Terhovej powitał Nas błyszczący posąg Juraja Janosika. My zaś wąskim wąwozem między Sokoliem a Bobotami dojechaliśmy do Doliny Vratnej i Stefanowej /625mnpm/. Zapowiadał się piękny dzień. Błękit nieba, zieleń i góry dookoła to atut, by wędrować dziś po tej krainie. Z parkingu ruszyliśmy za niebieskimi znakami przez bukowo- świerkowe lasy, pnąc się ostro w górę. Było parno, więc co rusz zrzucaliśmy z siebie nakrycia. I tak kolorowa grupa turystów gwarząc wesoło pokonywała prawie 350 metrów przewyższenia aby dotrzeć na Gruń, do Chaty na Gruni w Krywańskiej części Małej Fatry.

    Schronisko znajduje się na wysokości 973 mnpm. Jest to najwyżej położona chata w całej Dolinie Vratnej, czynna przez cały rok z uwagi na dużą ilość wyciągów narciarskich. Od schroniska rozpościerał się piękny widok na Velky Rozsutec, najbardziej osobliwy szczyt Małej Fatry. Czas na sute śniadanie i kop kofoli, bo przed nami kolejny etap parcia w górę. Podejście natomiast nie wydaje się być trudne, a jedynie suma przewyższeń może dać się we znaki . Za żółtymi znakami po stoku narciarskim drapaliśmy się na Południowy Gruń. Dobrze, że pod nogami było sucho i wiał lekki zefirek. Wznosząc się wyżej i wyżej, otwierały się widoki na otoczenie Doliny Vratnej. Bieliły się wystające skałki Bobotów i Sokolii, wyłaniały się już odległe panoramy Beskidu Żywieckiego i Śląskiego oraz grań Baraniarek, Kraviarskiego i Żitnego. Z drugiej strony dwa Rozsutce a między nimi daleko Babia Góra. Wreszcie nadszedł koniec męczącego, monotonnego podchodzenia i dotarliśmy na Południowy Gruń - 1459-mnpm. Jak na dłoni mieliśmy skaliste masywy obu Rozsutców i Stocha, ale nie Kamila. Widoczna była grań, którą mieliśmy do przejścia aż po Wielki Fatrzański Krywań. Odtąd szliśmy graniowym szlakiem czerwonym przez dwuwierzchołkowe Stieny 1535mnpm – 1572mnpm. Podziwialiśmy i fotografowaliśmy nie tylko panoramy ale też goryczkę wiosenną, kępy dorodnych pierwiosnków i jeszcze pojedyncze krokusy. No i wiało na grani, więc ubieraliśmy a podchodząc w górę znów rozbieraliśmy się. Kolejno osiągnęliśmy Hromove -1636mnpm. Grań była skalisto - trawiasta, ale jeszcze w zapadlinach leżały płaty śniegu. Na Przełęczy za Hromovym doszły znaki żółte od Źródeł Mojżesza i do Chaty Pod Chlebem. Niby wiosenny upał, ale silny wiatr robił swoje. Po krótkim czasie byliśmy na Chlebie -1646mnpm i zaserwowaliśmy sobie solidny odpoczynek, chroniąc się od wiatru za zboczem. Wydawało się, że jak nie ma Rysia- to nie będzie ciasteczek….Więc była to myśl złudna. Pełną tradycję podtrzymał Leszek, częstując wszystkich pysznymi pierniczkami z Wadowic i nie tylko….. Obserwowaliśmy też loty 6-iu szybowców krążących   nad Wielkim Fatrzańskim Krywaniem. W zasięgu wzroku mieliśmy wszystkie szczyty Małej Fatry z tym najwyższym. W dole Dolinę Vratną, ze skalną bramą oddzielającą ją od Terhowej, miasta Janosika. Beskid Żywiecki z Babia Górą i Pilskiem, Śląski ze Skrzycznem, z drugiej strony skaliste Rozsutce, kopiasty Stoch, w oddali całe Tatry, Góry Choczańskie z Choczem, Pogórze Kysuckie, Tatry Niżne. Następnie schodziliśmy do Snilovskiego Siedla -1524mnpm. Kolejkę wybudowano w 2005 r. w miejsce starszej kolei krzesełkowej. Przed Nami wyzwanie o nazwie Velky Fatransky Krivań -1709mnpm – będący najwyższym tego pasma. Więc omijając górną część kolejki Snilovskie Sedlo podążaliśmy znowu w górę. Co rusz szybowce przecinały niebo nad Nami. Słychać tylko szum i cięcie powietrza. A silny wiatr im bardzo sprzyjał. Na szczycie stanęliśmy ok. godz. 14-ej. Gratulacje od przewodnika, fotki i jeszcze raz panoramki przy wyjącym wietrze. Osłoniła się Wielka Fatra, dalsza część Małej Fatry z Martińską Holą, Velką Lucą a daleko z Klakiem. W dole zaś Dolina Wagu ze zbiornikiem, miasto Żylina i Martin. A przed Nami Mały Fatrzański Krywań i Stratenec.

       Czas podążać w dół. Tym razem zmieniliśmy trasę od planowanej i postanowiliśmy zejść dłuższą trasą lecz bardziej atrakcyjną niż trasa pod wyciągiem z przełęczy. Jakby było mało szczytów, to weszliśmy jeszcze na Pekelnik – 1609mnpm. W dole widzieliśmy Doline Branicy.Opuściliśmy grań główną i zaczęliśmy już schodzić w dół do Przełęczy Bublen – 1510mnpm za żółtymi znakami. Przechodziliśmy przez Hrapaky do Przełęczy za Kraviarskim za niebieskimi znakami. Grzejące słońce, olejki eteryczne rozgrzanej kosówki i zapachy kwitnących kwiatów i krzewów przyprawiały o zawrót głowy. Szliśmy już kawałkiem tej trasy, lecz w odwrotnym kierunku. Na przełęczy zalegliśmy na trawie w pełnym słońcu i dzieliliśmy się wrażeniami, wspominając ciekawostki z poprzednich wyjść w góry. Chciałoby się tak poleżeć dłużej, lecz przed Nami długie, strome i piarżyste zejście do głębokiej Doliny. Zielone znaki kluczyły po stromym, zarośniętym zboczu z licznymi przeszkodami z postaci powalonych drzew. Dolna część trasy wiodła głębokim potokiem wśród olbrzymich głazów. Więc była wielka koncentracja aby nie skręcić nogi. Myślę, że cała, długa trasa nie dała nam tak w kość jak ten odcinek. Bezpiecznie zeszliśmy do parkingu i oczekującego busika. A jeszcze na dole mieliśmy okazje podziwiać piękne kwiaty miesięcznicy trwałej zwanej potocznie srebrnikami Judasza, którą można spotkać właśnie w górskiej jaworzynie bukowej.Panoramy, jakie ujrzeliśmy wynagrodziły nam wszystkie trudy wędrówki. Doznaliśmy szczęśliwego zmęczenia, które ogarnęło Nas po drapaniu się na kolejne szczyty. Fantastyczna atmosfera, wspaniała pogoda i dobra wędrówka sprawiły, że byliśmy spełnieni. Mogliśmy wracać do domów z nowym zapasem energii do następnego wypadu. Przeszliśmy około 17 km przy dużym przewyższeniu ponad 1400 metrów. Zatem do zobaczenia i odsyłam do galerii zdjęć.

                                                                                                                                                    Jasia Filipek

 

     galeria zdjęć

                 Każdy ma swoje góry i warto znaleźć w nich swoją ścieżkę……..

           Mimo zimy, MOK Jordanów nie odpuszcza. Z uwagi na trudne warunki i zagrożenie lawinowe w Tatrach / trójka/ wybieramy się dziś tj. 21 stycznia 2018 r na Słowacką Orawę. Zamierzamy przejść Pasmo Skoruszyńskie i odwiedzić Skoruszynę - jako najwyższy szczyt. Liczna grupa  wesołych turystów, nie bacząc na zarwany, niedzielny sen przemieszcza się busikiem do granicy państwa czyli Chyżnego. Dalej przez Twardoszyn, Niżną dojeżdżamy do Habovki -/725mnpm/. Aura nie zachęca do wędrówki, jest zachmurzone i ma padać śnieg. Ale dla takich jak my wędrowców to nie ma znaczenia. Ruszamy za niebieskimi znakami  w górę. Przy przydrożnej kapliczce przewodnik nawiązuje do warsztatu i produkcji figur Nepomucena. Słabo majaczy Osobita. Pod nogami niewiele śniegu, drzewa pomalowane na biało i długi kolorowy wąż wije się wśród łąk i lasów. Wędrówka to spacer bez żadnych trudności. Dochodzimy do Przełęczy Biedna - /925mnpm/ i tu pojawiają się znaki czerwone, które poprowadzą  nas głównym grzbietem. No, cóż prognozy się sprawdzają. Prószy niewielki śnieg.  Im wyżej, tym więcej śniegu i przewodnik  Zenek wytrwale toruje ścieżkę. Trafiamy w lesie na niewielkie przeszkody w postaci powalonych drzew. Ale też idziemy głębokim lasem wzdłuż tropów wilków. Czas na dobroczynne kalorie i frykasy ochoczo wyciągane z plecaków. Jak  w rodzinie”  kto co ma, to częstuje”. Przez moment przejaśnia się i pojawiają się promienie słońca. Ale niestety na krótko. Mijamy Javorkovą- /1140mnpm/, potem  Miklówkę -/1193mnpm/ podziwiając i fotografując białe, dostojne drzewa. Dziś to taka typowa przewodnicka pogoda, bo nie widać nic i sypie drobny śnieg. Dochodzimy na Skoruszynę -/1314mnpm/, która jest najwyższym szczytem całego pogórza Spisko- Gubałowskiego. Tu posadowiona jest metalowa wieża widokowa, którą  dorasta już młody las. Przy dobrej pogodzie oglądać można rozległą panoramę na wszystkie strony świata. Wtedy widać nie tylko pobliskie Tatry od Osobitej aż po Hawrania, ale również Pogórze Spiskie, Góry Choczańskie, Beskid Żywiecki i Śląski. No cóż, śmiałkowie wdrapali się na wieżę  i „nici”. Nawet Rysio z pudełkiem ciastek tam wylazł, żeby zobaczyć mgłę. Siadamy pod zadaszeniem i rozważamy co dalej. Jest dopiero południe, a mu już osiągnęliśmy najwyższy cel. Demokratycznie ustalamy, że schodzimy do Oravic i zażyjemy przyjemności moczenia  się w gorących wodach termalnych. Schodzimy przez masyw Blatnej  i gdzieś niżej z mgieł próbuje wydostać się słonko, ale dalej prószy śnieg. W Oravicach wybieramy stare baseny. Gorąca para nad odkrytymi dwoma basenami, padający śnieg, moczący się śmiałkowie  w czapkach i otuleni szczelnie przechodnie stanowią nie lada widowisko. Wody w basenach pochodzą z odwiertu o temperaturze 56 st.C .Woda jest schładzana do temp 36- 38 st C w zimie. Jest słabo mineralizowana, ale ma właściwości lecznicze. Wspiera leczenie chorób układu mięśniowo-kostnego i dróg moczowych. Zażywamy dobrodziejstwa wód termalnych i studzimy się w śniegu. Ale co dobre jak to mówią to - się kończy. Wracamy przez Vitanovą do granicy. Przeszliśmy dzisiaj 14 km przy deniwelacji ok. 550metrów.  Fajnie jest czasami samotnie wędrować po górach, ale znacznie raźniej i weselej jest czynić to w towarzystwie wesołej kompanii…..Lubię dzielić się swoim górskim szczęściem  i wspólnie przeżywać radość ze szczytowania oraz odkrywania pięknych miejsc. W jedności siła, a dzielenie się czymś dobrym z innymi daje jeszcze większą satysfakcję. Dlatego pozdrawiam Was serdecznie, wszystkich, którzy wałęsacie się ze mną po tych niesamowitych pasmach górskich i delektujecie się razem ze mną widokami i odkrytymi cudami natury!

Zapraszam do obejrzenia fotek.                                                                                   Janina Filipek

 

 

 

           galeria zdjęć

 

   „Człowiek pot­rze­buje pas­ji, która wy­pełni część je­go życia i którą podzieli się z innymi”……….

 

               No cóż, dziś /18.03.2018r/ aura nie pozwoliła turystom z MOK Jordanów realizować ambitnego planu. Miały być Czerwone Wierchy, ale lawinowa trójka i trudne, zimowe warunki   w górach pomieszały Nam szyki. Więc powędrowaliśmy tam, gdzie łatwo i bezpiecznie. Czyli mieliśmy taki „deser” Nosal i Kopieniec Wielki. Wczesnym rankiem kolorowa grupa rozpoczęła treking od drogi prowadzącej do Kuźnic za zielonymi znakami na Nosal. Betonowa zapora na Potoku Bystra i mostek, po którym przekroczyliśmy potok. Warunki pogodowe dziś to 12 stopniowy mróz, porywisty wiatr i padający śnieg. Na widoki to chyba nikt nie liczył. Za to dopisywał humor i dobre samopoczucie. Ścieżka stroma, śliska, więc wymagająca patrzenia na buty. Mimo kiepskiej widoczności nabierając wysokości, dostrzegamy budynek TPN i dolną stację kolejki w Kuźnicach. Podchodzimy nad nieczynny wyciąg krzesełkowy, który zbudowano na „FIS „ w Zakopanem w 1962 roku i z góry spoglądamy na ostry stok. Prawdopodobnie w przyszłym roku wyciąg zostanie rozebrany i powstanie nowoczesny obiekt. Wychodzimy na Nosal -1206 mnpm i jest parę minut po godz. 8-ej.  To niepozorna górka, która spada stromym urwiskiem na zachodnią stronę. Wystarczy chwila nieuwagi i można polecieć w dół a zwłaszcza w takim, zimowym dniu jak dziś. Historia mówi, że znane są również przypadki samobójstw.

        Na szczycie czekała na „mężczyzn” zaległa niespodzianka z okazji ‘Dnia Mężczyzny”. Był upominek okraszony wierszykami i życzenia. Nasz Rysio osłodził Nam przejmujące zimno ciasteczkami. Ale widoki były kiepskie i ograniczały się tylko do Wielkiej Krokwi, Kopieńca i Zakopanego z Gubałówką. Grupowa fotka i zeszliśmy na Nosalową Przełęcz. Już prowadziły Nas znaki żółte. Przecięliśmy nartostradę z Hali Gąsienicowej do Kuźnic i podążyliśmy do Doliny Olczyskiej. Na Polanie czekało Nas śniadanie w iście bajkowej, zimowej scenerii w sąsiedztwie zabytkowych szałasów. Krążyły słodycze a nawet specjalnie upieczony miodownik przez Agnieszkę. Tu Zenon wspomniał o wypadku  śmigłowca TOPR w 1994r. zginęły wtedy 4 osoby. Następnie minęliśmy wywierzysko Olczyskie zasilane wodami z Doliny Pańszczycy i Hali Gąsienicowej. Jest największym wywierzyskiem w Tatrach Polskich. Dalej podążaliśmy w górę już za zielonymi znakami aby dojść na polanę Kopieniec, gdzie zwykle o tej porze były już krokusy. Niestety dzisiaj wokoło było tylko biało. Za to piękne prezentowały się szałasy i prowadzony jest tu kultowy wypas owiec. Krótkie drugie śniadanie z widokiem na Nasz cel Wielki Kopieniec. Za kilkanaście minut osiągnęliśmy skalisty szczyt Wielkiego Kopieńca -1328mnpm. Odsłoniło się na tyle, że widzieliśmy Kopy Sołtysie, Nosal, Małe Ciche, Toporową Cyrhlę i Olczę. Z uwagi na ziąb nie zabawialiśmy długo na szczycie. Zeszliśmy do Toporowej Cyrhli i drogi Oswalda Balcera już za podwójnymi znakami, bo czerwone dołączyły od Psiej Trawki. Chętnie zajrzelibyśmy nad Toporowe Stawki ale niestety, nie ma tam szlaku.           

        Po tej krótkiej wycieczce, do której zmusiła Nas aura byliśmy nienasyceni ale szczęśliwi. Doskonała atmosfera i dobry humor sprawił, że nie odczuliśmy zimna ani żadnych trudów wędrówki. Z górskim pozdrowieniem.                                                    

                                                Jasia Filipek

 

            galeria zdjęć

  

                                                                              Zima ma swój urok, a lepszego narkotyku jak góry nie ma!!!!!

           Środek zimy, wczesna godzina, bo 6.00 w dniu 04 luty 2018r. MOK Jordanów zaplanował w dniu dzisiejszym Trzydniowiański Wierch , ale aura w Tatrach pomieszała Nam szyki. Ogłoszona lawinowa trójka, duży opad śniegu - więc wybieramy wariant zastępczy Gęsią Szyję. Bezpieczeństwo i rozwaga są najważniejsze. Mimo białych dróg w rejonie już Bukowiny Tatrzańskiej, zaprzyjaźniony busik radzi sobie doskonale. I także w krajobrazie przedstawia się Nam piękny zimowy pejzaż. Niestety jest zachmurzone i zaczyna już prószyć. Grupa składająca się z 30-u śmiałków przygotowanych na „wszystko” rusza z Wierch Porońca -1105mnpm za zielonymi znakami. Dodam, że wędruje dziś z nami Michał z Warszawy, którego przygarnęliśmy serdecznie. Sypie gęściutki śnieg, otacza Nas pierzynka białego puchu. Wędrując przez las podziwiamy majestatyczne, puchate drzewa. W punktach widokowych ledwo majaczą Tatry Bielskie. Przewodnik Zenon zwraca uwagę na szczególne, stare „jodły z bocianim gniazdem”. Mijamy Goły Wierch, który wcale nie jest goły lecz zarośnięty drzewami i krzewami. Stąd widzimy Koszystą, Dolinę Waksmundzką i Wołoszyny. Spacer do Rusinowej Polany -1200mnpm traktujemy jako rozgrzewkę. Podchodzimy na jej górną część, aby wypatrywać słabo widoczny Murań i Nowy Wierch w Tatrach Bielskich. Dalej widać też Szeroką Jaworzyńską, Młynarza, Dolinę Żabich Stawów Białczańskich, Grań siedmiu Granatów i kawałek Mięgusza w Tatrach Wysokich. Bardziej w prawo Koszysta i Wołoszyny, natomiast przed Nami cel Gęsia Szyja. Mamy dobry czas, więc zatrzymujemy się przy szałasie i przewodnik Andrzej opowiada nam o babce Anieli Kobylarczykowej. Była to gaździna ,która jako jedyna nie przyjęła pieniędzy od państwa za grunt , kiedy wywłaszczano górali. W sezonie wypasano tam owce i pomieszkiwała w szałasie a turyści mogli przenocować na sianie czy napić się herbaty. Zajrzał tu również Karol Wojtyła. A, że wiadra były puste, to babka wysłała go po wodę do potoku. Co potem skwitowała jak Wojtyła został papieżem, że „ gdyby wiedziała, miałaby dwa wiadra święconej wody”. Udajemy się do kaplicy na Wiktorówkach. Zbudowano ją w stylu zakopiańskim w 1936 r. w miejscu, gdzie wg legendy pojawiła się Matka Boża Marysi Murzańskiej-14 letniej pasterce. To miejsce należy do najczęściej odwiedzanych kaplic kultu maryjnego na Podhalu. Pokłoniliśmy się Matce Bożej Jaworzyńskiej, Królowej Tatr i skorzystaliśmy z poczęstunku herbatą u gospodarzy ojców Dominikanów. Andrzej przypomniał nam także postacie zmarłych "Ludzi Gór". Mogliśmy zobaczyć pamiątkowe tablice im poświęcone, umieszczone wokół kaplicy. Wracamy na Rusinową Polanę , by rozpocząć trawers stromego podejścia na Gęsią Szyję. Brniemy w głębokim śniegu, a padający, gęsty śnieg wzbogaca atmosferę. Podziwiając uroki zimy mozolnie, lecz skutecznie pniemy się w górę, by Gęsią Szyję - 1489mnpm zdobyć południem. Nazwana jest tak przez górali jako długa i wysoka. Jest bardzo ładnym szczytem, ponadto niewysokim jak na tatrzańskie warunki i znajdują się tam ciekawe skałki. Czas na degustację ciasteczek od Rysia i kilka fotek. 
           Zabieramy się do zejścia w dół przez Przysłop Waksmundzki. Na Równi Waksmundzkiej -1407mnpm krzyżują się szlaki do Murowańca, Roztoki i Psiej Trawki. Za czerwonymi znakami, brnąc w śniegu najpierw przez las, potem na przemian „góra”, „dół” robiąc przewyższenie, przekraczamy Potok Waksmundzki. Potężne głazy pokryte są śnieżnymi czapami. Docieramy na zarośniętą Polanę pod Wołoszynem. Połamany las przypomina zasypane leśne cmentarzysko, a kiedyś kwitło tu pasterstwo. Znowu odpoczywając słuchamy o Orlej Perci, która dawnej miała początek na Wołoszynie W tym miejscu czarne znaki odchodzą na Rusinową Polanę. Dalej lasem docieramy do drogi z Palenicy do Morskiego Oka. Postanawiamy odpocząć w schronisku w Roztoce, więc musimy podejść do Wodogrzmotów Mickiewicza. Po drodze, przy budynku informacji turystycznej a dawnej budce dróżnika tym razem Zenon poleca Nam rozgryźć zagadkę. Dotyczy ona okrytego podczas budowy Drogi Balcera słupka, pochodzącego z czasów Galicji a znajdującego się obecnie przy drodze z wyrytymi cyframi na czterech jego stronach. Cyfra 432 to odległość do Lwowa, 25 do Zakopanego, 25 do Nowego Targu i 6 do Morskiego Oka. Co oczywiście odgadliśmy w mig. Również od Wodogrzmotów odchodzą znaki do Pięciu Stawów. Szybko zbiegamy do Roztoki, znowu przez połamany las. Schronisko zbudowano w1874r, obecny budynek powstał w 1913r i nosi imię Wincentego Pola. Jest to uroczy, drewniany budynek z gankiem posadowiony na wysokości 1031 mnpm. W ciepełku, delektując się przyniesionymi i miejscowymi frykasami oraz w miłej atmosferze odpoczywamy po trudach wędrówki Chętnie byśmy pogwarzyli, ale śnieg sypie coraz bardziej i czas szybko ucieka. Ruszamy i zasypani jak bałwany dochodzimy Palenicy. Pokonaliśmy w dniu dzisiejszym 17 km wprawdzie przy niewielkiej, bo 650 metrowej deniwelacji. Mimo opadu śniegu i uciążliwej trasy, humor w grupie dopisywał.
Były urokliwe, zimowe pejzaże i sympatyczna atmosfera współuczestników tej wyprawy. Tak dalej trzymamy. 
Zapraszam do galerii zdjęć w wykonaniu Konrada Kacorzyka. 
                                                                                                                                           Janina Filipek

Podkategorie