galeria zdjęć 

 

Wycieczka piesza po Słowackim Raju.

       Na zagraniczną wycieczkę postanowiliśmy wybrać się 15.05.2011 r. Prognoza pogody na ten dzień nie była dobra, ale ewentualne opady i wczesna pora, o której planowaliśmy wyjazd nikogo nie odstraszyły. Grupa była niezwykle liczna – około 60 osób w towarzystwie dwóch przewodników. Dwa pełne busy wyruszyły o godzinie 5:30 w kierunku Słowacji. W czasie jazdy pan przewodnik opowiedział nieco historię terenów, które planowaliśmy odwiedzić, a także co nieco o podziale administracyjnym tego kraju. Po około dwóch godzinach dotarliśmy na miejsce, do Parku Narodowego Słowacki Raj(Slovenský raj) w powiecie nowowiejskospiskim w województwie koszyckim.

  Po przyjeździe zobaczyliśmy, że  niebo zasłane deszczowymi chmurami, ale nic nie było w stanie zepsuć naszych dobrych humorów. Przy parkingu za unijną walutę kupiliśmy bilety wstępu i podzieleni na dwie grupy udaliśmy się z  centrum turystycznego Podlesok wzdłuż wąwozu o nazwie Suchá Belá. Szliśmy po potoku płynącego wzdłuż wąwozu. Dużą atrakcje tej części trasy stanowiły liczne metalowe lub drewniane drabinki, mostki i łańcuchy rozmieszczone między wapiennymi skałami. Po drodze minęliśmy pięć niezwykle efektownych wodospadów. Gdzie niegdzie towarzyszył nam delikatny deszcz, ale zamiast utrudniać wędrówkę dodawał tylko uroku tamtejszej roślinności, która była dzięki niemu soczyście zielona, a powietrze stało się przyjemniejsze do oddychania. Po około 2,5h dotarliśmy na polanę, gdzie zrobiliśmy sobie mała przerwę, a z naszych 2 grup  utworzyła się jedna.

 Wyruszyliśmy dalej w kierunku Klasztoriska. Tam, przy schronisku zrobiliśmy sobie godzinną przerwę. Po należnym odpoczynku zwiedziliśmy malownicze ruiny klasztoru kartuzów. Dowiedzieliśmy się mięszy innymi, że w czasie najazdu tatarskiego w XIII w. na polanie Klasztorisko schroniła się spora grupa mieszkańców Spiszu. Klasztor i lego okolice zrobiły tak duże wrażenie, że planujemy wspólnie odbudować go przy następnej okazji. Po tym spotkaniu z historią ruszyliśmy dalej, tym razem w dół do Przełomu Hornadu, który okazał się nie lada wyzwaniem. Adrenalinę podnosiły przejścia bezpośrednio nad rzeką po tzw. stupaczkach – oryginalna nazwa metalowych schodków. Po drodze mieliśmy okazję być na „ruchomym” moście, z którego ciężko było nas wygonić. Czekała nas jeszcze godzina skomplikowanych podejść i zejść, niejednokrotnie po śliskich skałach. Deszcze okazał się łaskawy i dał się we znaki na ostatnim etapie wędrówki, gdy szliśmy już spokojną alejką w kierunku parkingu. Zmęczeni, ale zadowoleni ruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Niedziela była jak w raju.

                                                                                                   Kinga Nosidlak – uczestnik wycieczki