galeria zdjęć

 

Wycieczka do Wielkiego Hińczowego Stawu i na Koprowy Szczyt (28.08.2011 r.)

 

            Spotykamy się w niedzielę o godzinie 5°° na dworcu autobusowym i wtedy dowiadujemy się o konieczności zmiany planu. Zamiast na Rysy nasz przewodnik pan Andrzej, proponuje nam wycieczkę do Wielkiego Hińczowego Stawu i na Koprowy Szczyt.

            Jedziemy zatem do Szczyborskiego Jeziora, najwyżej położonej w Słowacji miejscowości  (1350 m) i tam rozpoczynamy naszą wędrówkę.  Ruszamy do schroniska nad Popradzkim Stawem. Ta dość łatwa część trasy, wiedzie przez las i urozmaicona jest tablicami informacyjnymi szlaku edukacyjnego. Przy okazji dowiadujemy się, że nasz przewodnik poza wszystkimi znanymi już umiejętnościami i wiedzą, potrafi sprawnie tłumaczyć z języka słowackiego treść tablic, dzięki czemu zapoznaje nas z genezą otaczającego nas górnoreglowego boru. Ozdobą szlaku są rosnące przy ścieżce stare limby,  niektórzy dostrzegają nawet buszującą w koronach drzew orzechówkę.

            W pewnym momencie dopada nas deszcz, a dodatkowo w  oddali słychać złowrogie pomruki burzy. Nakładamy przeciwdeszczowe okrycia i przyspieszamy. Docieramy szybko do schroniska przy Popradzkim Stawie.  Nie jest nam dane delektowanie się otaczającą nas panoramą, gdyż widoczność jest taka, że co wyżsi z trudem dostrzegają czubek swego buta.

W schronisku możemy się podsuszyć , uzupełnić płyny fizjologiczne (albo wręcz przeciwnie) i zebrać siły na dalszą wędrówkę.

            Wracamy do rozwidlenia przy Popradzkim Stawie, mijamy przygotowane pakunki, które można zanieść do Chaty pod Rysami. No niestety, tym razem nie jest nam po drodze, chociaż wielu z nas pewnie dumnie niosłoby nosidło z napisem „only for strong”. Idziemy w górę Doliny Mięguszowieckiej i po około półgodzinnym marszu przekraczamy lekko nadgryziony zębem czasu mostek. Wkrótce dochodzimy do kolejnego rozwidlenia (1620 m) gdzie w prawo odbiega szlak czerwony na Rysy. Nasza grupa podąża szlakiem niebieskim, chociaż niektórzy, niepogodzeni ze zmianą trasy, mruczą pod nosem. Coś tak jakby:” nu pagadi, Rysy!”

            Wkrótce dowiadujemy się od pana Andrzeja, że z lewej strony szlaku znajduje się 300-metrowy stożek piargu opadający ze zboczy Szatana (2422 m) do Dolinki Szataniej, ciągnącej się u podnóża grani Baszt. No cóż, muszę wierzyć na słowo, bo jedynym szatanem, jakiego mogę dostrzec, jest idący 5 metrów przede mną Krzyś (najmłodszy uczestnik wycieczki), którego nie mogę dopędzić.

            Docieramy do Wielkiego Hińczowego Stawu (1945 m), największego i najgłębszego jeziora  w Tatrach Słowackich. No dobrze – pomyślałem – jaki wielki kraj takie i największe jezioro… Dowiedzieliśmy się jednak, że to coś o wielkości średniej kałuży, co dostrzegamy we mgle, to tylko niewielka część 20 hektarowego stawu, położonego (a niech ich licho!) 550 metrów powyżej Morskiego Oka. Tutaj Marszałek wycieczki poddał pod głosowanie projekt ustawy o kontynuowaniu marszu…  Przed podliczeniem głosów ruszyliśmy w górę. Trasa jest stroma i dość kamienista. Widoczność taka, że tylko osoby dysponujące niezłym refleksem mają szansę dostrzec fragmenty otaczających nas szczytów, bo szybko zasłania je gęsta mgła. W dole widać (!), to pewne, Mały Hińczowy Staw. Dochodzimy do Wyżniej Koprowej Przełęczy (2180 m).  Po złapaniu oddechu ruszamy do celu naszej wycieczki – pozostaje do pokonania niecałe 200 metrów (w pionie) co zajmuje nam nieco ponad pół godziny. Około godziny 13°° jesteśmy na Koprowym Szczycie (2363 m). Tutaj wszystko zgodnie z tradycją: uścisk dłoni przewodnika i zdjęcie grupowe (ciężko się pomieścić bo na górze ciasno, jak w M2 na Wrzosach:)

            A dalej – to już z górki! W drodze powrotnej zatrzymujemy się ponownie przy Wielkim Hińczowym Stawie. Widoczność się poprawia, oglądamy tym razem nie tylko oczami wyobraźni otaczającą nas panoramę - w tym Szczyty Mięguszowieckie.

            Wracamy do schroniska przy Popradzkim Stawie. Po krótkim odpoczynku udajemy się na Tatrzański Cmentarz Symboliczny, usytuowany w pobliżu jeziora, w gaju limbowym, na zboczu Osterwy. Znajdują się tam tablice poświęcone licznym ofiarom gór. Niektórym MOK-owskim turystom humor psuje informacja, że o umieszczeniu tablicy na TCS nie jest łatwo, a decyduje o tym specjalna komisja przy dyrekcji TANAP-u…

            Około godziny 17°°, dość solidnie zmęczeni docieramy drogą asfaltową do parkingu. Przed nami już tylko podróż do Jordanowa. Ze względu na rozdrobnienie grupy tylko niektórzy mają okazję wysłuchać barwnych opowieści naszego przewodnika o tym, jak to kiedyś jeździło się na Słowację, aby wędrować po górach i nie tylko…

            Podsumowując: warto było!

Chociaż trasa wycieczki zmieniona, pogoda…urozmaicona,

To kto został w domu, temu pewnie zrzędziła żona.

 ; )

 

Uczestnik  wycieczki – Janusz