galeria zdjęć

 

Wycieczka piesza na Rysy 25.09.2011r.

 

             Powszechnie wiadomo, że grupa turystyczna przy MOK w Jordanowie cierpi na dziwną odmianę bezsenności, bo objawiającą się jedynie w niedzielę. I tak, o godzinie piątej rano, gdy gwieździstemu niebu królował Księżyc nie myśląc jeszcze o oddaniu korony Słońcu, wyruszyliśmy busem, trzydziestoosobową grupą w stronę Tatr. Do dobrze nam znanego parkingu na Palenicy Białczańskiej dotarliśmy o 6:30. Rozpoczęliśmy swoją wędrówkę więc w tym samym momencie, w którym Słońce rozpoczęło swoją - od wschodu do zachodu. Z tym, że my wędrowaliśmy na prawdę, a Słońce nie ;).

          Droga do Morskiego Oka, mimo że, w całości asfaltowa, długa i w większości nieciekawa, to jednak ma jeden, godny uwagi punkt. Są to Wodogrzmoty Mickiewicza (nazwa nadana 1891 roku z okazji sprowadzenia prochów Wieszcza na Wawel). Spiętrzony na kilku kaskadach potok Roztoka, widoczny od dołu z prawej strony drogi, oraz z góry od lewej, robi wrażenie. Z tym, że dla nas jest widokiem bardzo częstym. Wiele z tatrzańskich wycieczek prowadzi właśnie przez ten punkt. Podążyliśmy dalej tą 9-cio kilometrową asfaltową drogą, pokonując ją wreszcie i dochodząc do ogromnego lustra, w którym ładnie, choć do góry nogami prezentował się masyw Mięguszowieckich Szczytów. Przy schronisku, dane nam było zobaczyć ptaka, orzechówkę. Nie była ona chyba świadoma tego, że część z nas chciała z niej zrobić orzechówkę, gdyż podchodziła bardzo blisko, częstując się orzeszkami z ręki. Te ciekawe ptaki, potrafią zebrać przez jesień do 50kg nasion sosny i ukryć je w tysiącach miejsc. Nie wszystkie te miejsca są później przez ptaka odwiedzone na wiosnę. Zapomniane nasiona kiełkują, a orzechówka przyczynia się tym samym do zwiększenia populacji limby. 

          Po krótkim postoju, wyruszyliśmy w stronę widocznego już celu naszej wyprawy, czyli Rysów, dookoła których, znajdowała się spora ilość szczytów o żabich nazwach. Wcześniej jednak, na wysokości 1580 metrów dotarliśmy do Czarnego Stawu. Tutaj zatrzymaliśmy się również, ale znów niestety nie była to przerwa na jedzenie. Do takiej jednak w końcu doszło, chwilę przed zmianą trybu podchodzenia z nożnego na nożno-łańcuchowy. Pomimo, że pogoda w górach potrafi się zmienić w ciągu paru chwil, to już było widać, że mamy i będziemy mieć z tej pogody dużo radości tego dnia. Na niebie nie było ani jednej chmurki. Po odpoczynku, ruszyliśmy w górę, mijając powracających już z Rysów turystów. Mijanki na łańcuchach są nieco trudniejsze niż na typowym szlaku, ale udało się jednak do szczytu dojść.   

         Na sam szczyt nie łatwo się było dostać. Podobnie jak niełatwo jest usiąść na wolnym miejscu w maksymalnie zatłoczonym autobusie. W końcu jednak każdemu z nas się to udało między godziną 12.00 a 13.00. Dzięki temu, można było odebrać od pana Andrzeja zasłużone gratulacje, najwyżej w Polsce. Oczywiście obowiązkowa była również dokumentacja fotograficzna. Rysy to trzy szczyty, z czego my mamy tylko jeden (2499m). Pozostałe dwa należą do Słowacji. Do najwyższego wierzchołka, liczącego, 2503m dzieliło nas około 40 sekund marszu. Podjęliśmy więc to wyzwanie i ruszyliśmy w wędrówkę. Tutaj osiągnęliśmy najwyższy punkt naszej wyprawy i napawaliśmy oczy widokami. A tych opisywał nie będę. Po prostu nie umiem - trzeba zobaczyć samemu ;).

          Dalej, ruszyliśmy w stronę słowacką, gdzie zatrzymaliśmy się w okolicy schroniska pod Rysami. Jest to najwyżej położone schronisko w Tatrach - na wysokości 2250m, zaopatrywane jest ono przez tzw. nosiczy, którzy muszą wnieść na taką wysokość wszelkie, niezbędne do funkcjonowania schroniska towary. Stąd wysoka cena asortymentu. Atrakcją jest również toaleta z oknem zamontowana nad przepaścią. 

Ruszyliśmy dalej, w dół Doliny Mięguszowieckiej. W końcu, czerwony kolor szlaku, który towarzyszył nam od samego parkingu, zmienił się w niebieski i takim dotarliśmy do Popradzkiego Stawu. To oznaczało, że powoli wyprawa dobiega końca. Należało przejść jeszcze jeden fragment drogą asfaltową, na której, w przeciwieństwie do polskiego asfaltowego odcinka, spotykaliśmy rowerzystów. Sam koniec wyprawy pieszej nastąpił tuż po godzinie 17.00, gdy nasz kierowca zabrał nas z powrotem do Jordanowa.

        Podkreślić trzeba, że podczas tej wycieczki pogodę mieliśmy idealną. W formie żartu przez pana Zenona przedstawioną, jako fatalną dla przewodników, gdyż muszą się mocno nagadać. No i nie da się ukryć, chętnie, razem z panem Andrzejem dzielili się swoją ogromną wiedzą. W przypadku braku pogody jednak obaj przewodnicy również mają o czym opowiadać, o czym sam się przekonałem. I chociażby dla samych górskich opowieści warto wybrać się w wyprawę, do czego gorąco zachęcam.

Jakub Pałach - uczestnik wycieczki